Każdy ma swój własny PRL

Nawet w głowach urodzonych po 1989 r. jest miejsce na ich własny PRL, tylko że jest to miejsce gdzieś niedaleko od okupacji, na lewo od sanacji – czyli tylko hasło z lekcji historii, o którym wyobrażenie jakieś dać mogą „Alternatywy 4” albo opowieści dziadków.
A dla mnie? Owszem, jestem skażona historią, szczególnie najnowszą, szczególnie PRL-em, o którym napisałam magisterkę, ale oprócz tego Polska ludowa to syrenka taty, zabawki po siostrze, Radio Wolna Europa słuchane przez dziadka (na cały regulator, bo był przygłuchy), wspólne rodzinne liczenie kartek na mięso, również ogólnorodzinna niechęć do partii i „komuny” oraz wielki okrągły mebel oglądany w czarno-białym telewizorze na trzech nóżkach.

Izabela Meyza i Witold Szabłowski, nieco starsi ode mnie, mają w pamięci trochę więcej PRL-u, ale jednak za mało i postanawiają stworzyć sobie ich własny mały PRL. Kluczowe jest tu pojęcie „ich własny” – nie ogólny, powszechny, podręcznikowy, nie z filmów Barei, nie z piosenek Kultu, nie z opowiadań rodziców, sąsiadów, nauczycieli. Ich. Dlatego słowa oburzenia, że oni piszą o „trwałej”, a jakaś pani czytelniczka przecież trwałej nie miała i z jej koleżanek też niewiele nosiło taką fryzurę… oburzenia, że wspomnieli o przejażdżce rozklekotanym Ikarusem, podczas gdy „za komuny” do jakiegokolwiek autobusu ciężko było wsiąść, a Ikarus akurat był luksusem… oburzenia, że napisali, że nie używali dezodorantów, a ktoś tam używał… Te słowa wcale nie odbierają autorom wiarygodności. Bo wielokrotnie podkreślali, że ilu Polaków, tyle opinii o tamtej epoce. Że fakt, iż oni w ich własnym PRLu nie używają dezodorantów, noszą ubrania non iron i nie mają pralki automatycznej, jeszcze nie oznacza, że to były doświadczenia wspólne wszystkim Polakom.

PRL ma 38 milionów odcieni. O dwóch z nich można przeczytać w książce „Nasz mały PRL”.

Reklamy