Meandry językoznawstwa z feminizmem w tle

W dzisiejszej „Panoramie” była informacja o tym, że minister ds. równego traktowania podniosła temat żeńskich form nazw zawodów. Pani doktor jezykoznawczyni, nazwiska niestety nie pamiętam, popierała pomysł i tłumaczyła, że istnienie czegoś takiego jak „pilotka” w znaczeniu czapka nie przeszkadza, by na kobietę sterującą samolotem mówić również „pilotka”, a nie „pilot”. Czy pani doktor językoznawczyni również popiera narzucenie społeczeństwu nowych nawyków językowych, nie dosłyszałam, ale zdziwiło mnie, że nie zaprotestowała. Ja polonistyki nie kończyłam, moja wiedza o języku polskim to szkoła średnia + roczna lingwistyka na podyplomówce + milion odcinków „Ojczyzny Polszczyzny”, które obejrzałam w celach zawodowych, ale mój wielki autorytet językowy, prof. Jan Miodek w mniej więcej co trzecim odcinku Ojczyzny Polszczyzny powtarzał, że język jest tworem żywym i nic nie można nikomu narzucić, że ważny jest uzus i że może on spowodować zakorzenienie się i „upoprawnienie” się niepoprawnej pierwotnie formy (może nie „włanczać”, ale np. „mi” na początku zdania”)… Jak więc mamy odgórnie, prawnie, ustawowo nakazać mówienie „pilotka”, „marynarka” czy „kierowczyni”? I co jest w tej sytuacji dziwniejsze – sam pomysł ministra (ministry) ds. równego traktowania czy brak ostrego sprzeciwu doktor językoznawczyni? Co na to poloniści?

Advertisements