Pierwsza dama polskiego kryminału pisze o gwałcie

Z Chmielewskiej znam chyba wyłącznie tytuły młodzieżowe. „Gwałt” był pierwszą próbą zmierzenia się z Chmielewską dla dorosłych (nie licząc nieudokończonego romansu z „Lesiem”). Spodziewałam się czegoś innego. Większego zagmatwania. Jakieś realnej zagadki do rozwikłania. Albo chociaż przedstawienia wydarzeń z odmiennych punktów widzenia – uwielbiam narrację typu „Zapałka na zakręcie” czy w wersji współczesnej –  „Czerwony kapturek. Historia prawdziwa”. Ale w „Gwałcie” wszystko było wiadomo właściwie od początku.
Nic mnie tam nie zaskakiwało, a bohaterkę wręcz przeciwnie – a mnie denerwuje, gdy bohater dziwi się bardziej, niż ja. Chwilami więc książka mnie rozdrażniała, ale to nie przeszkadzało czytać mi jej  w autobusie, w tramwaju, stojąc na przystanku, a także na przejściu dla pieszych czekając na czerwone. Pomimo denerwującego, zbyt luźnego stylu (nie pamiętam, czy sędzia prowadzący rozprawę został nazwany „sędzią” więcej, niż jeden raz – królowało „stary pryk”), pomimo braku zaskoczenia, „Gwałt” czyta się szybko i wbrew nazwie – sympatycznie.

Advertisements