Grudzień

Grudzień to najpiękniejszy miesiąc w roku, dlatego że obchodzone są w nim dwa cudowne święta – urodziny Jezusa Chrystusa oraz moje.
Ten grudzień ponadto wyjątkowo miło się zaczął – moim zwolnieniem lekarskim i prawie tak samo fajnie się skończył – sylwestrem co prawda pracującym ale po godzinie 17 spędzonym w sympatycznym, kameralnym gronie, bez „Sylwestra z Dwójką”, za to z muzyką przeze mnie wyselekcjonowaną. O moim własnym, wreszcie udanym Sylwestrze kiedy indziej, a tymczasem kulturalno-lajfstajlowe podsumowanie grudnia 2012.

Filmy: „Niedorajda”, czyli prawdziwe retro kino w świetnym stylu oraz skandynawski czarny humor w „Lapońskiej odysei”. Do tego niedokończony film „Miłość” oraz świąteczne odmóżdżacze:  typowa amerykańska komedyjka gwiazdkowa – „Święta Last Minute”, oglądając to miałam powtórkę legendarnych Griswoldów („Witaj Święty Mikołaju” to jednak już klasyka, każdy kolejne gag z dekorowaniem domu na Święta, spadaniem z dachu i przesileniem linii energetycznej będzie tylko marną kopią); „Listy do M.” – fatalny, szczególnie in minus Roma Gąsiorowska, która w kolejnym filmie mówi nie otwierając szczęki, a czasem też ust, w związku z czym nie mogę jej słuchać (Romo, jeśli potrzebujesz logopedy, napisz do mnie) oraz naprawdę śmieszna, choć właściwie niezbyt świąteczna komedia produkcji włoskiej „Christmas in love” (po polsku „Zakochane Święta” lub „Miłosne rozgrywki”). Trzy wątki tego filmu mogłyby być właściwie osobnymi, niezłymi komediami. Ciekawe wcielenia Danny’ego DeVito i Ronna Mossa, znanego szerzej jako Rodge Forester (swoją drogą, facet musi mieć do siebie niezły dystans, zgadzając się na tę rolę :)).

Książki – niestety pod tym względem ogromny regres – trzy zaczęte, żadna niedokończona: „Jak zostać pisarzem”, „Cień Wiatru” Zafona oraz „Trzęsienie czasu” Kurta Vonneguta. Nie mogę się doczekać, aż skończę Vonneguta i napiszę tu recenzję!

Teatr – nie byłam, ale przynajmniej szukałam wolnych terminów na „Mayday”. Są, na luty.

Koncert – nie byłam, ale dowiedziałam się, że we Wrocławiu zagra Matisyahu. Koncert będzie w lutym (znowu luty). Oprócz Matisyahu, który przyjedzie z Manhattanu, przyjadą też znajomi z samej Warszawy. Ale tak, jak się zapaliłam na tę imprezę, tak szybko się wypaliłam, bo sobie przypomniałam, jak ja nie lubię wielkich imprez w jakichś Halach Stulecia.

Zakupy – ubraniowe? Absolutna porażka, może nie licząc legginsów w świąteczne wzory, zdobytych na bazarku.

Kuchnia: tort urodzinowy typu wuzetka, smalec wegetariański z fasoli, fasola z kurczakiem i ziołami, krem porowo-ziemniaczany z łososiem z bloga makecookingeasier, świąteczne delicje, czyli piernikowa choinka, piernikowe serduszka, najlepszy sernik na świecie z owsianym spodem, rolada szpinakowo-łososiowa, oraz szaleństwo sylwestrowe, czyli moje canelloni, tortille w trzech smakach,  nadziane babeczki, koreczki oraz nachosy z salsą i dipem o rajskim smaku. To był dobry miesiąc dla mojej lodówki. No i widać, co robiłam w grudniu, zamiast czytania książek.

Dzieło rąk moich: uszyta, ale jeszcze nie wypchana sowa i 4 wstążkowe bombki. Może kiedyś je pokażę. Może sowę, bo czas na bombki już minął.

Praca: 5 dni roboczych na L4, 3,5 nadgodziny, 0 dni urlopu, zatem 24, 27-28 i 31 grudnia spędzone w ukochanej pracy.

Inne: pobyt na chirurgicznej izbie przyjęć – 1, szwów na lewym wskazicielu – 4, 4 kartki świąteczne wysłane + kilka kartek i paczek do Niegowa.

Podsumowanie roku może innym razem 🙂

Advertisements