O Sylwestrze

Zawsze jestem dwa kroki z tyłu za wszelkimi trendami. Nawet jeśli chodzi o sposób świętowania przełomu lat, bo akurat teraz, kiedy jest jako takie przyzwolenie społeczne na spędzenie Sylwestra w kapciach, kiedy to nie wstyd pokazać się dostępnym na google talku/skypie/gg (jeśli ktoś jeszcze tego używa) i nie wstyd mieć zapalone światło w pokoju w tę noc (za dzieciaka naprawdę wstydziłam się publicznie przyznać do niesylwestrowania, było to tak krępujące, jak wychodzenie z klasy do toalety z podpaską w ręku), ja postanowiłam zaszaleć.
Po dwudziestu paru Sylwestrach w stylu „kapeć” (przerywanych od czasu do czasu jakąś imprezą, najczęściej średnią) postanowiłam wziąć siebie, lubego i kota w garść i zorganizować własne przyjęcie. Słowa „przyjęcie” nie należy brać zbyt dosłownie, bo gościliśmy raptem 3 osoby. Nie przeszkodziło mi to jednak poczuć się wielką panią gospodynią: zrobiłam 5 kg canelloni oraz miliard przystawek, rozlałam gościom kilka litrów alkoholu i odpaliłam fajerwerka 37-strzałowca (przy fajerwerku nie przesadziłam!). Nawet muzykę leciała moja własna, tzn. przeze mnie wybrana i skolejkowana w programie odtwarzającym.
Było byczo, niestety czas zleciał mi błyskawicznie – prawie tak jak w pracy, gdy muszę przygotować dla szefowej analizę, wklejając do niej połowę danych z SAP, SAP się wiesza, komputer wyłącza, a szefowa jest zdenerwowana bardziej, niż zwykle, bo śpieszy się na superważne spotkanie. Wtedy godzina składa się z dwóch minut. Podczas mojego Sylwestra było podobnie. A szkoda. Nie tylko dlatego, że nie zdążyliśmy zjeść nawet kilograma canelloni. Taka szkoda, że zorganizuję kolejne przyjęcie, przecież już niedługo ostatki – kolejny dzień z cyklu „trzeba wymyślić, dokąd i z kim niby idę niby świetnie się bawić” – bardzo mnie cieszy myśl, że tym razem może być inaczej, nie tylko dlatego, że w lodówce ciągle zalega to canelloni.
Szczęśliwego Nowego 2013. Nie jest to najładniejsza liczba, ale może nie będzie najgorzej.

Witamy na naszym balu

Reklamy