To jest jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina

Snowboard
Po dwóch (niezbyt urodzajnych) sezonach nauki i  bardzo długiej przerwie w miniony weekend znowu zapięłam wiązania i zsunęłam się ze stoku. Wiatr we włosach wystających spod kasków, szeleszczący na wietrze ortalion, śnieg wylatujący spod deski przy skrętach… Nie, to nie o mnie, to o innych snowboardzistach. Ja poruszałam się techniką zwaną „na liścia” (lub po mojemu – „na choinkę”), czyli się zsuwałam, a skręty wykonywałam nieśmiało (nie chodzi o używkę w Czeskiej Republice uznaną za legalną). Tak było gdy pierwszy raz zjeżdżałam, jak się później okazało, czarno-czerwoną trasą na Czernej Horze w Jańskich Łaźniach. Potem na szczęście było już lepiej – nabierałam
coraz więcej odwagi, nawet się rozpędzałam.  Oj, jak się rozpędzałam! Wrażenia przednie, mimo że z powodu zakwasów chodzę do dziś na przykurczonych nogach.

CernaHora Źródło: snowpage.de

Jańskie Łaźnie
Polecam ośrodek w Jańskich Łaźniach, ale oczywiście nie na pierwszy wyjazd (na niebieski trasach jeżdżą tylko orczyki, a do korzystania z tych pomiotów szatana nie namawiam żadnego snowboardzisty, jako i ja nie dam się nigdy nikomu namówić). Szczególnie polecam gondolę (nie wypróbowaliśmy trasy z kanapą, a szkoda, nadrobimy następnym razem) – jeździ nią sporo osób, ale w kolejce do gondoli stoi się może 5 minut (tu szczególne pozdrowienia dla ośrodków w Bukowinie Tatrzańskiej oraz w Białce Tatrzańskiej za kolejki 20-30 minutowe (norma), a nawet 40-minutowe-ekstremum, ale zaliczyłam).
Polecam Jańskie, bo trasy są długie (nawet 3000 m, my jeździliśmy po trasie o długości 2600 m), szerokie, ludzi w porównaniu z w/w polskimi ośrodkami – niewiele (aczkolwiek sytuacja byłaby idealna, gdyby ich w ogóle nie było, tak samo jak z innymi pojazdami na ulicy, gdy ja prowadzę samochód), mało szalonych dzieciaków, które jeżdżą na krechę mijając mnie na milimetry. Śnieg przez pierwszą połowę dnia był cudowny, potem zaczęły wyłazić coraz większe płaty lodu – nienawidzę tego dźwięku pod deską. Minusem trasy, po której jeździliśmy jest górka z mostkiem, pod którą mało który snowbordzista wjedzie (że ja wjadę, nawet nie marzyłam). Trzeba się odpiąć, podejść na górę, wpiąć się ponownie, co jest upierdliwe dla innych, głównie narciarzy, bo jest tam bardzo wąsko. Następnie trzeba zjechać po stromym, oblodzonym i wciąż bardzo wąskim zjeździe. Potem znowu lekkie wzniesienie terenu i wypłaszczenie, więc taki deskarz jak ja musi się wypiąć, a potem pokonać ostatni na trasie zjazd, siadając na desce jak na sankach, co udało mi się uskutecznić. Generalnie koniec tej trasy nie jest zbyt przyjazny deskarzom, dlatego następnym razem wypróbujemy trasę z kanapą, która jest co prawda krótsza – 1300 m, ale może będzie mniej upierdliwa.

Gondola Źródło: hotels-in-czech.com

Karnet
Nie należy kupować karnetu całodniowego (620 koron), jeśli zjedzie się tylko 4 razy. Finansowo korzystniej jest kupić nawet 5 zjazdów (5×120 koron). Wbrew pozorom czwarty zjazd pokonywaliśmy o wiele dłużej niż drugi i trzeci, bo byliśmy już zmęczeni, odpoczywaliśmy w trakcie, łatwiej było o błąd i upadek. Dlatego piąty sobie odpuściliśmy, aby nie spóźnić się na autobus, o szóstym nie było co marzyć. Przeliczyliśmy nieco nasze możliwości. Karnet na cały dzień to był w naszym wypadku błąd.

Sprzęt
Jestem na etapie kompletowania. Na razie mam własne buty (najlepiej właśnie od nich zacząć, bo dopiero gdy zmieniłam buty z wypożyczalni na własne, zaczęłam czuć deskę i deska zaczęła mnie słuchać) i od niedawna kask. Kolejna ważna inwestycja to oczywiście deska, żeby nie tracić czasu na przyzwyczajanie się do tej z wypożyczalni, oraz wiązania, które się nie będą zacinać (co jest ważne podczas wypinania się i zapinania w trasie, jak np. na wspomnianym mostku). Powinnam też zaopatrzyć się w porządne gogle, bo nasze najtańsze z marketu co prawda trochę chroniły przed śniegiem i słońcem, ale strasznie parowały.

Operacja Deska 2013
Odczuwam silną potrzebę zorganizowania kilkudniowego wyjazdu, najlepiej do Czech, choć to może być ciężkie ze względu na transport (a raczej jego brak). Jeśli taki wypad nie dojdzie do skutku lub wybierzemy się do Polski, to i tak wybrałabym się jeszcze raz lub dwa do Czech (najchętniej do Pecu pod Śnieżką, bardzo dobrze wspominam tę trasę). A gdy będę w polskich górach, dobrze by było wynająć instruktora, który popatrzy, wyłapie błędy i podpowie, jak je skorygować. Zaś przyszły sezon rozpoczynamy razem z Expressem Narty, a nie w styczniu, bo sezon narciarski rozpoczyna się 24.12. i do tego czasu ceny karnetów są niższe. Pojeździm, poćwiczym i może już za rok, w marcu lub kwietniu, udałaby się wyprawa w Alpy? A póki co, widoczek z Jańskich:
Jańskie Łaźniee

Reklamy