Film o niemiłości

"Amour" Michael Haneke

Plakat pochodzi z serwisu “Filmweb

„Miłość” Hanekego to trudne i ambitne kino, które do mnie przemówiło, ale jednocześnie bardzo mnie poirytowało. Zacznę jednak od pozytywów.
Zaciekawiła mnie tematyka – spokojne życie starszego, kochającego się małżeństwo zostaje zakłócone przez chorobę kobiety.
Obraz piękny i liryczny. Może nieco ubogi w środki wyrazu, ale dzięki temu jest głęboki. Aktorzy grający parę staruszków cudowni. Film nie obfituje w dialogi, za to te, które są, są przemyślane. Reżyser raczy nas kilkoma symbolicznymi scenami. To obraz oraz towarzysząca mu muzyka ma działać na nasze emocje. I działa.
Ale…

Uwaga – spoiler
Fabułą filmu jestem zdegustowana, żeby nie napisać zgorszona. Jestem przekonana, że wynika to z moich doświadczeń, całkiem innych niż doświadczenia widzów i recenzentów niemieckich, francuskich, austriackich. W Polsce opieka nad starszym schorowanym małżonkiem czy rodzicem nie jest traktowane jak wielkie bohaterstwo, tylko normalna, oczekiwana przez ogół postawa. Ma to oczywiście także złe strony, szczególnie gdy osoby, które naprawdę nie mogą podołać tej opiece, wykańczają psychicznie siebie i całe otoczenie, dlatego, że boją się ostracyzmu społecznego za oddanie małżonka lub rodzica do domu opieki. Polacy cierpią trochę na syndrom męczennika. Ale film pokazuje przegięcie w drugą stronę. Nie pojmuję, jak można napisać, że „opowiada o sile miłości, czułości i poświęceniu” (filmweb.pl) , podczas gdy ja na ekranie widzę staruszka, który jest poirytowany stanem swojej żony, którego denerwują jej niedołężność i jej jęki. Nie widzę czułości w scenie spoliczkowania staruszki, która wypluła wodę. Nie widzę poświęcenia w scenie jej uduszenia. Nie, to nie był „dar eutanazji”, to był przejaw zwykłego egoizmu. Staruszek zabił swoją żonę, nie dlatego, że ona go o to prosiła, ale dlatego, że nie mógł znieść świadomości, co się stało z ich pięknym, pełnym muzyki i wysokiej kultury życiem. Nie mógł się pogodzić z upływem czasu i postępującą niedołężnością. Nie mógł się pogodzić z tym, że młodość, którą oglądają na czarno-białych zdjęciach już nigdy nie wróci. Nie będą znowu zdrowi, nie pójdą na koncert, nie nauczą żadnego młodzieńca gry na fortepianie.

Mam wrażenie, że reżyser puszcza nam oko nadając temu filmowi tytuł „Miłość”. Ot, taka przewrotna zabawa z widzem. O wiele lepiej ducha filmu oddawałyby tytuły „Starość”, „Egoizm”, „Wstyd” lub „Śmierć”, ale to byłoby takie dosłowne i bez polotu. Tylko dlaczego recenzenci nie zauważyli tego „oczka”? Czy oni naprawdę oglądali film, czy pisali swoje recenzje tylko na podstawie suchego opisu od dystrybutora? Czy może to ja, dzięki własnym doświadczeniom, odbieram film w sposób zdeformowany i dlatego widzę tu coś niepojętego – wstyd z powodu choroby i starości, wstyd nawet przed własnymi dziećmi. I ten paniczny strach. Moi dziadkowie, którzy przeżyli obie wojny światowe i inne dziadostwa, nie okazywali takiego strachu przed ciężką chorobą i śmiercią, jak ta francuska para pod koniec swojego pięknego, kulturalnego życia.

Koniec spoilera

Nieważne, czy widzom spodoba się postępowanie bohaterów, czy nie. Nieważne, czy zobaczą tu miłość, czy coś innego. Film porusza, a to oznacza, że warto go zobaczyć.

Advertisements