Quentin Tarantino przedstawia: „Django unchaind”

Źródło: 24.media.tumblr.com

Źródło: 24.media.tumblr.com

Nie sądziłam, że jestem fanką twórczości Quentina Tarantino. A jestem. Co prawda z „Pulp Fiction” najbardziej podoba mi się muzyka, bo na filmie zasnęłam (dwa razy). Na „Grindhouse” się nie zdecydowałam i nie wiem, czy kiedykolwiek się ośmielę. Na „Bękarty wojny” szłam co prawda z grzeczności i nie spodziewałam się, że tak mi się ten film spodoba. Nie mogłam zatem przegapić „Django”, w którym znowu gra najbardziej utalentowany aktorsko Austriak od czasów Arnolda Schwarzeneggera, czyli Christoph Waltz.
Po „Django” z rozpędu obejrzałam 2 woluminy „Kill Bill”, nadrabiając w ten sposób godne pożałowania zaległości, a J. mi przypomniał, że również dawno temu oglądane „Cztery pokoje” to film Tarantino. I tak, mogę stwierdzić, że tego reżysera uwielbiam.

W „Django” czuje się klimat „Bękartów wojny”. Tutaj też jest zemsta i też poruszony został Bardzo Ważny Temat, ale w sposób cudowny – bez amerykańskiego zadęcia, bez patosu, bez speechów i bez politycznej poprawności. Tyle tych „bez”, więc co w tym filmie JEST?

Jest, jak już wspomniałam, Bardzo Ważny Temat, czyli rasizm i związana z nim kwestia niewolnictwa Murzynów.

Są doskonale nakreśleni bohaterowie: tytułowy Django (z niemym „D”), czyli wyzwolony Murzyn dosiadający wierzchowca („Murzyn wierzchem jedzie”). Dr Schultz, czyli obwoźny dentysta-łowca głów (strach teraz iść do stomatologa, a ząb boli) praworządny i z nienagannymi manierami. Calvin Candie, czyli dandys z południa Stanów, zafascynowany Francją oraz gladiatorskimi walkami Murzynów (a w tej roli spoglądający na mnie 16 lat temu z romeoijuliowych i titanicowych plakatów Leonardo DiCaprio, który bardzo dobrym aktorem jest). Naprawdę piękna i piękne imię nosząca Broomhilda, czyli, cytując J. j. Kolskiego, spiritus movens całej tej afery (a na pewno połowy fabuły filmu). I jeszcze Stephen, czyli niewolnik-dupowłaz i niewolnik-największy wróg innego niewolnika.

Są sceny walki – dużo scen walki i sporo krwi.Krew to nie jest coś, co mnie w kinie specjalnie fascynuje, ale u Tarantino krwi jest zawsze tyle, ile powinno być, żeby zrobić wrażenie – niby dużo, ale nie powoduje to niesmaku.

Jest idealnie dobrana muzyka. Zarówno napisana specjalnie  A gdy Rick Ross śpiewa „100 black coffins”, ja słyszę „black kaufen” 😉 (w końcu Dr Schultz to Niemiec jest!). Poniżej Anthony Hamilton i Elayna Boynton – „Freedom” .

Jest też humor, dużo humoru, może nieco abstrakcyjnego, może trochę niepoprawnego. To przecież takie niegrzeczne śmiać się na filmie o niewolnikach, podobnie jak śmiać się na filmie o Żydach i nazistach. Śmiałam się jednak do rozpuku. Moja ulubiona scena to dyskusja bandy a’la Ku Klux Klan na temat worków.

I tylko roli Amber Tamblyn (Joan z Arkadii oraz supermózg z „Doktora House’a”) nie rozumiem. Mam wrażenie, że z tego miał być jakiś wątek, nie pociągnięty (niestety?).

Bardzo dobry film.

Advertisements