Kurt Vonnegut „Trzęsienie czasu”

Źródło: merlin.pl

Mój noworoczny analfabetyzm pokonany! Dokończyłam książkę, i to nie byle jaką. „Trzęsienie czasu” to dziwna powieść. Przede wszystkim to moja pierwsza książka Vonneguta i nie znam jego stylu pisania. A styl ma naprawdę niecodzienny, surrealistyczny wręcz.

Mamy tutaj wątki z życia autora i jego bliskich, ale nie wiem, czy wszystkie są prawdziwe. Mamy też historię alter ego Vonneguta – Kilgore’a Trouta oraz ludzi, których spotyka na swej drodze. Mamy tytułowe wydarzenie, czyli trzęsienie czasu, które spowodowało, że czas cofnął się o 10 lat i ludzie przeżyli tzw. powtórkę – z 2001 roku znowu trafili do 1991, ale nie było im tak fajnie, jak Marty’emu z „Powrotu do przeszłości”, bo nie mogli nic zmienić. Musieli jeszcze raz, w identyczny sposób przeżyć 10 lat. A potem, po latach wyłączenia wolnej woli, znowu zacząć z niej korzystać,

Nie mamy tu liniowej opowieści o zdarzeniach (które mnie zaintrygowały po przeczytaniu opisu tej powieści – w książkach i filmach uwielbiam motyw cofania się w czasie). Nie ma też nieliniowej. Opowieści prawie w ogóle nie ma – kwestia trzęsienia czasu jest przedstawiana czytelnikowi na wyrywki i niechronologicznie, są rzucone tu i ówdzie wątki. Czasem dłuższe, czasem krótsze. I bardzo zróżnicowane pod względem tematycznym. Pojawiają się anegdoty, głównie z obszarów literatury, głównie amerykańskiej. I nie mam pojęcia, czy są choć trochę prawdziwe, czy całkowicie wymyślone przez Vonneguta.

Przyznam (choć pewnie nie jest to chluba), że takiej książki jeszcze nie czytałam. Bardzo zainteresowało mnie pisarstwo Vonneguta, który znalazł się na mojej liście autorów do dokładniejszego zapoznania się, tuż za Tokarczuk, chociaż jest to literatura z drugiego bieguna, niż to, co pisze Tokarczuk. W powieść Vonneguta nie da się tak zagłębić, jak w „Prawiek i inne czasy”, nie da się tak wpaść w świat przedstawiony. Czytałam ją po kawałku, dokładnie analizując, co tym razem przeczytałam – prawdę czy fikcję.

Z każdym zbiorem opowiadań mam ten sam problem – wciągają tylko pojedyncze opowiadania, nie całość. Książki, które nie są spójnością łatwo odłożyć na godzinę, na dzień, na kilka dni i nie być ciekawym, co się wydarzy. Tak na początku było i z „Trzęsieniem czasu”. Początkowe rozdziały czytało się jak opowiadania – na ogół ten bieżący miał mało wspólnego z ostatnim, przedostatnim i następnym. Ale w przeciwieństwie do różnych zbiorów opowiadań czy innych małych form, do „Trzęsienia czasu” wracałam coraz częściej – nawet nie dlatego, żeby wiedzieć, co się stanie, bo na początku mogłam się przekonać, że nie jest to trzymający w napięciu do ostatniej strony kryminał. Wracałam, żeby nacieszyć oko mądrym słowem.

Na listę wciągam: „Śniadanie mistrzów”, „Rzeźnię numer 5” i „Kocią kołyskę”.

Źródło: merlin.pl

Źródło: merlin.pl

Źródło: merlin.pl

Źródło: merlin.pl

Źródło: merlin.pl

Źródło: merlin.pl

Reklamy