Campo di Fiori a sprawa bruschett, czyli włoska trudny język

Już jadąc na wakacje do najlepszego miejsca na świecie wiedziałam, że muszę spróbować prawdziwych włoskich niokki. Właśnie, niokki, bo jeśli powiedziałabym gnoczi, to mogłabym nie dostać obiadu. Albo, o zgrozo, dostać do zjedzenia Bógwieco! Pojechałam, zamówiłam sobie gnocchi z sosem serowym w knajpce przy Watykanie, zjadłam ze smakiem i byłam zadowolona, że nie wyrwało mi się gnoczi (jak J., który nie był przeze  mnie uświadomiony co do wymowy tego słowa :)).

może wyglądają jak zwykłe kluchy ze zwykłym sosem, ale smakowały bajecznie, żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęcia zanim się na nie rzuciłam :)

Gnocchi spod Watykanu – może wyglądają jak zwykłe kluchy ze zwykłym sosem, ale smakowały bajecznie. Żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęcia, gdy talerz był jeszcze pełny.

Taka byłam zadowolona z mojej wiedzy o języku włoskim. Kto by pomyślał, że na na Campo di Fiori, cudownym i klimatycznym Campo di Fiori,  oboje z J. dowiedzieliśmy się czegoś, co zburzyło nam ład w naszych mózgowych szufladkach – tych od przechowywania danych o kanapkach, tostach i grzankach.
Mianowicie był tam kram z przyprawami, dużą ilością różnistych przypraw w wielkich pakach. Z szaleństwem w oczach rzuciliśmy się na pana sprzedającego, że chcemy jedną taką, do bruszczett, a on nam podaje, owszem, ale do brusket.
W tym miejscu robimy efekt jak z anime, czyli najazd kamery na moją tęczówkę, na której nagle pojawiły się różne scenki rodzajowe, głównie przyjęcia i imprezy, podczas których częstowałam bliższych i dalszych znajomych bruszczettami. Tak, dokładnie w ten sposób wymawiałam tę nazwę, żeby każdy zapamiętał.
O zgrozo, pomyślałam, co za wstyd. Popatrzyliśmy z J. na siebie, zapłaciliśmy za pakę i pośpiesznie oddaliliśmy się z Campo di Fiori ze wstydem, jakby nas rodzice przyłapali na igraszkach (nigdy mnie rodzice ani nikt inny nie przyłapał na igraszkach, ale sądzę, że musiałoby to być podobne uczucie.  Ten Włoch, co prawda wyglądający na naturalizowanego, ale po włosku mówiący, tak się popatrzył na nas – Kalich, oj, jak on się popatrzył!).

Campo di Fiori a sprawa bruschett

Kolażyk z Campo di Fiori, miejsca, w którym nawet fasolka i pieczarki stają się fotogeniczne.

Tymczasem niedawno w pracy:
Kolega produkuje się na jakiś temat i wtrąca coś o bruschetcie mówiąc bruszczetta.
Ja: Nie mówi się bruszczetta, tylko brusketta (nie po to na studiach ukończyłam specjalizację nauczycielską, żeby nie dzielić się wiedzą, jeśli nabyłam ją w dramatycznych okolicznościach).
– Ja jestem prosty chłopak i będę mówił bruszczetta, o! Bruszczetta, bruszczetta! – rzekł kolega vel. Samozwańczy Samiec Alfa, taki nigdy nie przyzna ci racji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przysłuchujące się koleżanki powiedziały, że ON ma rację, bo „nawet Magda Gessler mówi bruszczetta„. Magda Gessler, to ta znana restauratorka, która często bywa w telewizji i która ma włoskie korzenie (sic!).

Koleżankom ja z natury nie wierzę, więc musiałam sprawdzić. Wracam do domu, odpalam google, odpalam tvn playera. I rzeczywiście! Magda Gessler mówi bruszczetta, czy nawet lepiej: bruścietta. O tutaj:

Kuchenne rewolucje„, sezon II, odcinek 12, 4 minuta (dokładnie 3:53).

Zwątpiłam. Co prawda na YT znalazłam, jak Włosi mówią brusketta, ale może to jakieś proste chłopaki są i mówią też „włanczać światło” i „w tej gazecie pisze…”, po włosku oczywiście.
Na szczęście na odpalonym googlu znalazłam taki skarb. Wydrukowałam i powiesiłam nad łóżkiem. Już się nie zbłaźnię na Campo di Fiori ani na żadnym innym Campo, i nigdy nie powiem „modżajto” ani „fadżita”.

Advertisements