Dorośli z Wrocławia kochają Dzieci z Bullerbyn

Plakat przedstawienia „Dzieci z Bullerbyn” pochodzi ze strony www.teatrpolski.wroc.pl

„Dzieci z Bullerbyn” to chyba najlepsza książka dla dzieci – najlepsza na świecie. Od dawna mam ochotę sięgnąć po nią ponownie, bo choć czytałam ją z 8 razy, to jednak było to bardzo dawno. Do książki ciężko się było zebrać, ale spektaklu wystawianego przez Teatr Polski we Wrocławiu przegapić nie mogłam.
Byliśmy dzisiaj na jednym z dwóch spektakli przedpremierowych. Owszem, można było wychwycić delikatne niedociągnięcia. Do premiery (27 marca) zapewne zdążą dopracować szczegóły. Mimo to cała nasza piątka ubawiła się setnie. Na scenie widziałam te cudowne, kolorowe, bajeczne, dziecięce przygody, o których sobie czytałam jako ośmiolatka i które w wyobraźni przenosiłam na własne podwórko, tyle że z piątką wymyślonych przyjaciół.

Przedstawienie trwało nieco ponad godzinę, jak dla mnie mogło trwać pół dnia, choć mogłoby to być nie do wytrzymania dla całej masy dzieci znajdujących się na sali. Dzieci rządziły. Nasza piątka to była wyspa na całym morzu dzieci, prawie jak kamień na środku bajorka na łące szewca Grzecznego. Ale krasnale były nad wyraz grzeczne, tylko jedno dziecko, siedzące za mną, cały czas zadawało mamie pytania: co oni teraz robią? a dlaczego? a po co?, ale być może to przeze mnie, może mu zasłaniałam 😉
Z ukazanych przygód bullerbyńskich dzieciaków najbardziej podobały mi się dwie – powrót ze szkoły do domu (z zahaczeniem o łąkę wspomnianego szewca Grzecznego) oraz wyprawa do sklepu z kapitalną piosenką pt. „Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej”. To na niej rozmazał mi się tusz do rzęs.

Z aktorów chyba najbardziej podobała mi się Sylwia Boroń, która grała Annę, ale duże uznanie należy się również Marcinowi Pempusiowi i Andrzejowi Kłakowi, którzy wczoraj, po pierwszym przedpremierowym spektaklu „Dzieci…”, zostali pobici.  Kłakowi podbito oko, ale charakteryzacja to zamaskowała, a Pempusiowi złamano nogę i grał Ollego kicając o kulach, z czym zresztą świetnie sobie poradził. Obaj mimo wczorajszej przykrej przygody wypadli świetnie. Pewnie również dlatego dostali na koniec gromkie brawa.

Anna Ilczuk, reżyserka przedstawienia, dobra wrocławska aktorka, znana szerokiej publiczności z głupawego polsatowskiego serialu, zafundowała całej naszej 5-osobowej brygadzie fantastyczną zabawę. Mamy nadzieję, że na deskach Sceny Kameralnej Teatru Polskiego zobaczymy kolejne (najlepiej wszystkie!) przygody „Dzieci z Bullerbyn”, taka to była przyjemna podróż do czasów dzieciństwa. Na razie pozostaje mi lektura książki, po którą specjalnie wybraliśmy się do J. piwnicy. Chyba będziemy rzucać monetą, kto czyta pierwszy.

Advertisements