Marzec – miesiąc w którym winter is coming

Marzec łypał na mnie okiem Jona Snow i smakował Sommersby’em, którego hektolitry wypiłam oglądając „Grę o tron”. 20 odcinków zajęło nam jakieś półtora tygodnia, a i tak dawkowałam sobie przyjemność. Nie tylko dzięki serialowi przewodnim hasłem marca stało się „Winter is coming”.

Obrazek pochodzi ze strony leadmd.com

Ale nie samym serialem w marcu żyłam. Kościół rzymskokatolicki ma nowego przełożonego, a ja ciągle nie zmieniłam swojej bezpośredniej, mimo zapewnień z samej góry. Z pracy zwolnił się kolejny kolega, niedługo dostanę awans z racji tego, że na tej łajbie zostanę tylko ja. Ale wtedy będę miała jeszcze większy problem z urlopem. Zostało mi 9 miesięcy na wykorzystanie 38 dni. Robi się coraz ciekawiej. Kończąc temat pracy mojej zawodowej dodam tylko, że nie wypracowałam ani kawałka nadgodziny, oczywiście nie licząc paru(nastu) piętnastominutówek. To chyba pierwszy taki wynik, odkąd się zatrudniłam. Oby tak dalej.

W temacie książek regresu ciąg dalszy. Nie przeczytałam nic oprócz „Dzieci z Bullerbyn” i prasy. Ale od jutra będę już mogła czytać w autobusie (vivat czas letni!).

Aby nie cofnąć się w rozwoju kulturalnym do etapu embriona, wybrałam się, pierwszy raz od lipca, do teatru. No dobrze, „Dzieci z Bullerbyn” to nie jest najambitniejsze dzieło kultury wysokiej, ale oprócz klimatów z lat dziecięcych, można było odczuć to coś, czego nie ma w kinie. Magię teatru.
Mogliśmy jej zaznać po raz drugi na przedstawieniu „Pożegnanie jesieni” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. To już wyższa półka. Spektakl może nieco kontrowersyjny, może chwilami ciężki, może trochę irytujący, ale ciągle siedzi mi w głowie. Tego oczekiwałam. Z tego względu spektakl polecam. A w piątek wybieramy się na „Smycz” z perełką wrocławskiego teatru – Bartoszem Porczykiem. Poniżej namiastka:

https://www.youtube.com/watch?v=ZyfUFE_m0dg

Udało mi się wykonać w miesiącu marcu również inną, nieczęstą czynność – uprawiać sport. Niestety tylko raz, przez 45 minut. I niestety, chyba ostatni. Zumba mnie nie porwała, sportowej pasji trzeba mi szukać dalej.

Mimo fazy na „Grę o tron” nie zaniedbaliśmy filmów. Kontynuowaliśmy cykl miłych filmów z Audrey Hepburn: „Miłość po południu”, „Dwoje na drodze” i ostatnio zaczęliśmy „Kiedy Paryż wrze”. Zaczęliśmy oglądać również „Funny face”, ale przerwaliśmy i raczej do niego nie wrócimy. Ja nie cierpię musicali i żadna Audrey tego nie zmieni.
Oprócz miłych retro komedii widzieliśmy też „Być jak Kazimierz Deyna”, o którym pisałam w tym poście oraz świetny „Karmel”.
A jeśli chodzi o filmy na kwiecień, szukamy pomysłu na nowy cykl. Kina skandynawskiego nie zdzierżę, póki za oknem leży ten cholerny śnieg. Sądzę, że na taką pogodę idealne byłoby kino Bliskiego Wschodu.

Marzec to miesiąc urozmaicania naszej kuchni. Co prawda kontynuowaliśmy odkrywanie nowych smaków w naszej osiedlowej pizzerii (udało się nam przełamać i wyjść poza smak prosciutto e crudo), zajrzeliśmy na tartę i cydr do Solo Art Cafe, ale to nam (głównie mnie) nie przeszkadzało w samodzielnym pichceniu.  Chciałam zrobić focaccię, nie wyszło, bo usiłowałam zrobić cienką z ciasta na foccacię puszystą. Głupi pomysł. Zmierzyłam się również z polędwicą, i tu efekty byty dużo lepsze. Smakowite były zarówno polędwiczki duszone w winie, jak i te nieco orientalne, w mleku kokosowym. Jak już poznałam zalety mleka kokosowego, to zrobiłam również pysznego kurczaka curry. Do tego mój stały punkt programu, czyli jabłecznik na kruchym cieście z masą kokosową (jak widać niniejszą notkę sponsoruje literka k jak kokos:)), a na Święta upiekłam babkę pomarańczową. To już druga babka w moim życiu, a pierwsza bez zakalca.

Inne
Mamy już szafę, która zapełnia się bardzo powoli, ponieważ lubię patrzeć na puste półki i nie śpieszę się z zapełnianiem ich rzeczami  z zagraconego pokoju. Nie wybrałam się po oprawki i wciąż oglądam świat przez stare, porysowane okulary. Nie kupiłam własnego komputera. Za to pozbawiliśmy naszą kotkę możliwości bycia mamą. Niestety wbrew zapewnieniom niektórych kociarzy, nie stała się przez to grzeczniejsza.

Na koniec, gdyby plusowa temperatura kogokolwiek zmyliła:

Advertisements