„Smycz” i Bartosz Porczyk

Bartosz Porczyk dla statystycznego Polaka jest słabo znanym aktorem, którego nazwisko kojarzy się co najwyżej z serialami, a ostatnio z reklamą NC+. Mało kto wie, że jest to bardzo zdolny aktor teatralny, duma teatralnego Wrocławia. Bo właśnie z wrocławskim Teatrem Polskim Bartosz Porczyk współpracuje i tutaj od kilku lat występuje w monodramie „Smycz”, na którą ostatnio się wybrałam. Żałuję jednego – że tak późno. Bo o „Smyczy” i genialnym Bartku słyszałam już w 2007 lub 2008 roku od zachwyconej koleżanki, teatrolożki zresztą.
„Smycz” to monodram składający się z kilku epizodów, które łączy jeden temat – zniewolenie człowieka, czego symbolem jest tytułowa smycz. Epizody prezentują sytuacje wydawałoby się banalne, oczywiście wśród źródeł zniewolenia znajdziemy pracoholizm, konsumpcjonizm, toksyczną miłość. Tematy dosyć popularne, ale tu zostały przedstawione w niebanalny i inteligentny sposób, na dodatek okraszone mniej lub bardziej znanymi piosenkami, w genialnych aranżacjach i w wykonaniu laureata Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Zresztą wśród utworów wykorzystanych w spektaklu znajdziemy piosenki, za które Porczyk otrzymał trzy Tukany (Złoty Tukan, Tukan Publiczności i Tukan Dziennikarzy) na 27 PPA – są to „Do Ciebie Aniu” z repertuaru Łona, „Fabryka Małp” z reprertuaru Lady Pank i „Łatwopalni” z repertuaru Maryli Rodowicz.

Plakat pochodzi ze strony teatrpolski.wroc.pl

Plakat pochodzi ze strony teatrpolski.wroc.pl

„Smycz” to także genialny popis Porczyka. To ekspresyjna gra aktorska, absolutnie urzekająca, to oddziaływanie na emocje – mocne, ale niezbyt nachalne, to wreszcie równowaga pomiędzy elementami wywołującymi śmiech, czasem gorzki, a momentami zadumy. I opracowany do perfekcji warsztat aktorski, czyli wykorzystanie ciała i głosu w taki sposób, że trudno uwierzyć, że to ciągle ta sama osoba. Porczyk kupił sobie mój podziw już pierwszymi ruchami, kiedy tak doskonale zagrał niedołężność, i pierwszymi kwestiami. Każdy kolejny ruch różnił się od poprzedniego, każdy kolejna stworzona przez niego postać była inna, a każda kolejna piosenka była inaczej zaśpiewana.

„Smycz”

Gdy sobie siedziałam w fotelu, patrzyłam na ruchy Porczyka i słuchałam jego głosu, pomyślałam sobie, że to właśnie na tym polega prawdziwe aktorstwo.
Mój Boże, co to będzie, gdy kiedyś zobaczę na deskach teatru Jandę?

Jak już wspomniałam, żałuję tylko jednego – że na spektakl wybrałam się tak późno. Jestem strasznie ciekawa, jak aktor grał tę samą rolę 6, 4 czy 2 lata temu. Sądzę, że każde przedstawienie miało w sobie coś innego, coś nowego, coś, po co warto było przyjść po raz kolejny. Wiedziona tą ciekawością na pewno za jakiś czas wybiorę się na „Smycz” ponownie. Będę miała tylko nadzieję, że nieco popracują nad dźwiękiem, bo na dwóch pierwszych piosenkach muzyka chwilami zagłuszała słowa. W zasadzie to był jedyny minus przedstawienia. Nie przeszkadzały mi ani interakcje z inspicjentem, z zespołem i z publicznością, ani nawet zapomnienie tekstu – odbyło się to w taki sposób, jakby to było celowe.

Szczerze polecam „Smycz” w reżyserii Natalii Korczakowskiej, wystawianą w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Więcej informacji na stronie teatru.

Advertisements