Biegamo biegare biegavi biegatum

Nie ma lodu, na który mogłabym pójść z łyżwami, nie ma śniegu pod deskę, osiedlowa zumba mnie nie porwała, a z tłuszczem jakoś powalczyć  trzeba. Postanowiłam więc biegać. Nie przepadałam za tym sportem nigdy, a bieganie w szkole na 600 i na 1000 metrów to był dla mnie koszmar (co nie przeszkodziło mojej nauczycielce w-fu w wysłaniu mnie na zawody w biegach właśnie. Kolka złapała mnie już w połowie i na metę doszłam spacerkiem, ale punkty za mnie szkoła i tak zgarnęła ), ale jakiś czas temu zaczęłam zazdrościć tym, którzy biegają – sprężystości, ładnej figury, zdrowego kręgosłupa, braku tłuszczu i satysfakcji z pokonywania własnych ograniczeń (znam co najmniej jednego maratończyka i co najmniej dwóch półmaratończyków, ile to w sumie?).

maratonczycy

Latem tamtego roku mieliśmy z J. dwa podejścia, które miały być naszą furtką do maratonu nowojorskiego, a łatwo się zniechęciliśmy. Być może to podświadomość/matka natura/opatrzność kazała nam zapuścić sobie zwały tłuszczu na tę zimę długą i srogą, która dopiero co się – mam nadzieję – skończyła.

Tymczasem wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie poczułam, że to jest ten dzień. Poczytałam jakiś poradnik początkującego biegacza, głównie o tym, jak rozłożyć proporcje między bieganiem a marszem. Gdy biegaliśmy z J., ja mu mówiłam, że powinien się starać biec bez przerwy, nawet bardzo powoli, a on sobie biegał i spacerował naprzemiennie. On z kolei twierdził, że to ja źle biegam, bo czytał, że powinno się tak ustawić trening, że kilka minut się biegnie, a kilka maszeruje. Oboje mieliśmy po troszkę racji, bo rzeczywiście plan treningowy dla początkujących biegaczy, który wczoraj znalazłam, przewiduje 5 minut marszu po każdej 1 minucie biegu, a z każdym tygodniem proporcje powoli zwiększają się na rzecz biegu. Po zapoznaniu się z nim uznałam, że minutę biegu i 5 minut marszu to mam codziennie, gdy idę (biegnę) na autobus, więc postanowiłam zacząć od wyższego poziomu, nie wiedziałam tylko, od którego.

Pomyślałam zatem, że najlepiej będzie, jak po prostu sprawdzę i będę biegła, aż się zmęczę. „Biegła” to może za dużo powiedziane (napisane), ale truchtałam sobie wytrwale, bez zatrzymania (nawet piosenki zmieniałam w biegu, bo nie odtwarzały się ciągiem) prawie pół godziny.

Szkoda tylko, że nie miałam żadnej aplikacji mierzącej kroki, prędkość i inne takie cuda, ale ponieważ smartfony są, jak sama nazwa wskazuje, dla smartludzi, nie zdołałam odpalić jednocześnie endemondo i muzyki (którą sobie specjalnie zgrywałam przez godzinę, więc MUSIAŁAM jej posłuchać). Miałam też pewien problem z jednoczesnym odpaleniem muzyki i tzw. mówiącego stopera, a także z odpaleniem samego mówiacego stopera – tzn. odpaliłam stoper, ale nic do mnie nie mówił. Zatem włączyłam sobie moją muzykę do biegania, a czas policzyłam w nowatorski sposób – po powrocie do domu podliczyłam łączny czas przesłuchanych piosenek. A kilometry policzyłam z pomocą mapy google. Wyszło mi 4,4 km, a muszę dodać, że mapy google nie uwzględniły niektórych odcinków (bo to polne drogi i bezdroża). Być może dobiłam więc do 4,5 km, ale w oficjalnych statystykach podaję 4,4 km.

I tak : 14.04.2013 dystans 4,4 km przebiegłam w 27 minut. Moja średnia prędkość wynosiła 163 km*/minutę, 2,72 metra/sekundę, 9,77 km/h.

Ciekawe, skąd ta forma, skoro mój jedyny ruch to moje codzienne bieganie na autobus?

*oczywiście, miało być 163 metry na minutę, 163 km/minutę – to jeszcze przede mną 😉

Advertisements