Kwiecień

Kwiecień minął szybko. Pewnie dlatego, że zaczął się mniej więcej dwa tygodnie temu, wcześniej mieliśmy co najwyżej późny luty. Rozpoczął się lanym poniedziałkiem, kiedy to woda wychlupywana z wiadra zamarzała, zanim dotarła do ciała ofiary, i kiedy ogłoszono po raz kolejny, że winter is coming, bo właśnie 1 kwietnia wyemitowano pierwszy odcinek 3 serii „Gry o tron”.
Kiedy pogoda przestała sobie ze mnie jaja robić i kwiecień zaczął być kwietniem, ruszyłam sadło z domu i niczym Forrest Gump zaczęłam biec.

Przebiegłam wtedy 4,4 km i nie ustaję – biegam jak na razie regularnie, 3 razy w tygodniu, na różnym dystansie – bywa dłuższy, bywa krótszy, ale staram się ruszać przez co najmniej 30 minut. I jako że z natury jestem łamagą, jest to moje największe osiągnięcie od czasu, gdy zaimponowałam całej mojej grupie karate celnym rzutem do kosza zza połowy boiska (wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, jak zresztą wszystkie inne zajęcia miały to do siebie, że nic tam nie wyglądało tak, jak powinno. Moje zajęcia z karate polegały często na grze w kosza, którą bardzo lubię, ale na bosaka traci cały urok).
Do kwietniowych osiągnięć dorzucam też nowe żywieniowe nawyki, czyli co najmniej jeden owoc dziennie i picie świeżo wyciskanych soków. Może od tego nie zgubię sadełka, ale odzwyczaję się od wszelkich niezdrowości, jak cola i inne słodzone napoje czy przekąski typu chipsy. Wszelkie soki, nektary i napoje owocowe naprawdę smakują tak sobie w porównaniu ze zwykłym sokiem z pomarańczy, bez grama cukru.Inne postanowienia żywieniowe na razie biorą w łeb, bo dzisiaj oto zjadłam kawał wieprzowiny, dania przeokrutnie prosadłowego. Ale potrzebowałam jakiejś nagrody po bieganiu.

Kulinarnie nie szalałam zanadto, ale zaliczyłam i filety z morszczuka, i pierwsze moje pesto, tyle że z bobu, i  karkówkę na dwa sposoby, i zupę rzodkiewkową, i różne wydania tortilli, i wariację na temat poznańskich pyr z gzikiem. A do tego parę koktajli, głównie bananowych i zdrowe śniadanie w postaci owsianego omletu.

kulinaria kwietniowe
Zwiedzając kulinarny Wrocław zjedliśmy smaczne naleśniki (popijając je równie dobrym sokiem w kolorze Shreka, z kiwi i pietruszki był chyba) we French Connection. Owszem, jest to sieciówka, a nie żadna klimatyczna knajpka, ale niestety trzy inne znane nam wrocławskie naleśnikarnie zwyczajnie się zwinęły. W Piecu na Szewskiej zjedliśmy pyszne pizze: margheritę i marinarę (marinara lepsza. Mogę nawet napisać – marinara niebiańska!). W Amorino, tuż przy wrocławskim Rynku zjedliśmy tartę i choć tarta z chilli i cukinią była ciekawa w smaku, to lokalu nie polecę. Wystrój jest piękny, karta dań robi wrażenie, ale za każdym razem jest tam ten sam zestaw tart, poza tym jest tam bardzo głośno, a obsługa jest powolna (20 minut czekania na upieczoną już tartę, którą należało jedynie odkroić i nałożyć na talerzyk), niezbyt udolna (panie nie trafiają z zamówieniami do odpowiednich stolików) i niezbyt grzeczna („zdecydowała się pani wreszcie?”). Natomiast w lokalu Frankie’s wypiliśmy koktajle owocowe i cóż, ja robię lepsze. Kiedy ja robię  koktajl jagodowo-bananowy, ma on smak i banana, i jagód. Również w przyrządzanym przeze mnie malinowo-bananowym można wyczuć obydwa smaki. W koktajlu z Frankie’s czuliśmy praktycznie tylko banana. J. wyczuł (i wyłowił) jeszcze kawałek folii 😉 A szkoda, bo spodziewałam się po tym lokalu znacznie więcej.

kulinarny Wrocław

Nie samym jedzeniem człowiek żyje, trochę kultury również skonsumowałam w tym miesiącu.

Kwiecień zaczął się od zakończenia cyklu filmów z Audrey Hepburn. Dokończyliśmy „Kiedy Paryż wrze” (bo rzadko jestem w stanie obejrzeć film w jeden wieczór, ten akurat rozbił się pomiędzy dwa miesiące). Chcieliśmy pozostać w klimacie cyklu „W starym kinie” i pierwsze, co przyszło mi do głowy to „Arszenik i stare koronki”. Jak się okazało, rozpoczęliśmy tym samym cykl filmów z Cary Grantem, bo kolejny film to „Filadelfijska opowieść”, w którym partneruje mu inna Hepburn, tym razem Katherine. Sięgnęliśmy również po coś współcześniejszego – „Wesele w Sorento”, który mnie nieco rozczarował – to chyba wina irytującego Pierce Brosnana. Irytujący był również „Poradnik pozytywnego myślenia”, choć może po prostu zbyt wiele oczekiwałam, szczególnie po oscarowej głównej roli kobiecej (no nie porwała mnie ani Jennifer Lawrence, ani reszta aktorów, ani fabuła). Kolejny film, bardziej udany, to „Turyści”, czyli zgrabna makabreska, która mimo drastycznego tematu bawi, jednocześnie ucząc, by nie wykłócać się z obcymi o sprzątnięcie kupy ich psa. Koniec miesiąca uhonorowany został filmem „Imagine”, który jest tak cudowny, że zasługuje na oddzielną notkę.

Filmy kwietniowe

Odnotowałam pewien postęp w temacie książek. Przeczytałam „Za żelazną kurtyną. Podróż do Polski w 1967 roku” autorstwa Carmen Laforet. Więcej o książce tutaj. Czas w autobusie umilała mi „Francuska oberża”. Przeczytałam też kilka reportaży, mniej więcej połowę, ze zbioru „My właściciele Teksasu” Małgorzaty Szejnert i zamiast skończyć, rzuciłam się na kolejną książkę.  Zatem o reportażach Szejnert będzie w kolejnym miesiącu.

książki

W teatrze byliśmy tylko raz, za to na „Smyczy”, o czym więcej pisałam tutaj.

W pracy ponownie udało mi się nie zostawać po godzinach, mało tego! Wzięłam nawet 2 dni urlopu, zaś trzeci dzień na 2 maja. Zostaje mi zatem 35 dni do wykorzystania w 8 miesięcy. Jupijajej.

Jeżeli chodzi o tzw. inne, to udało mi się dokonać aż dwóch zakupów, bo i laptop mam nowy, i okulary. Nagromadzenie tylu zakupowych decyzji w jednym miesiącu – w moim wypadku to wręcz nieprawdopodobne!

Pozostaje życzyć sobie i Państwu równie owocnego maja!

Reklamy