Dzień Restauracji przed Nocą Muzeów

18 maja wypadła tegoroczna Noc Muzeów. Niestety nie dla mnie takie atrakcje, bo ani tłumów nie lubię, ani kolejek, ani organizm przyzwyczajony nie jest do funkcjonowania w godzinach nocnych. Po 22 jeśli jeszcze nie śpię, to przynajmniej krążę po orbicie jakiegoś łóżka. Ominęło nas zatem zwiedzanie Dworca Głównego (ale wejściówki i tak rozeszły się szybciej, niż zdążyłam pomyśleć, że chętnie bym nawiedziła Dworzec Główny i jego podziemia), zwiedzanie nowego stadionu (nie wiem, co stadion może mieć wspólnego z muzeum, dla mnie to wręcz antonimy), nie odwiedziliśmy stuletniej Hali Stulecia, przy której (a właściwie przy fontannie niedaleko Hali) odbywał się multimedialny pokaz, ani innych mniej lub bardziej zajmujących miejsc.
Dziadki jesteśmy.

Chyba z myślą o takich jak my, przed Nocą Muzeów przygotowano Restaurant Day, czyli dzień jednodniowych restauracji. Czytając o tej akcji zrobiłam wielkie oczy i pomyślałam: „ja też tak chcę!”. Wybraliśmy się więc w celu konsumpcji i rozeznania w terenie tudzież podpatrzenia konkurencji. Jednodniowe restauracje usadowiły się w dwóch miejscach we Wrocławiu – przy ulicy Ruskiej oraz na Wzgórzu Partyzantów. Wybraliśmy się na Wzgórze, bo i widoki ładniejsze, i do autobusu bliżej.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to kolejki. Nie było ich przy stoiskach powiedzmy cukierniczych, były przy stoiskach z jedzeniem, że tak to ujmę, wytrawnym. Lipencja, pomyślałam, bo bez obiadu byliśmy i chcieliśmy zjeść coś konkretnego. Druga rzucająca się w oczy rzecz to ceny. Wyczytałam w artykule, że wydarzenie ma charakter niekomercyjny, a ja przy wejściu dostałam po oczach kawałkiem ciasta bananowego za 4 zł., a kawałków w foremce naliczyłam 20. Ciasto wielkości keksa za 80 zł? Skąd te banany?
Na szczęście znalazły się bardziej przyjazne cenowo dania – chińskie szaszłyczki, po które staliśmy długo, ale uparcie.

rd

Szaszłyki były obgotowywane w ostrej zupie malatang, bardzo ostrej zupie. Pisząc „bardzo ostrej zupie”, mam na myśli fakt, że się poryczeliśmy jedząc szaszłyczek z brokułów. Zupa malatang, a właściwie jej resztki w brokule wyczyściły mi wszystkie przewody w czaszce, przypuszczam, że udrożniły również drogi nerwowe w mózgu. Ten brokuł wymaczany w malatang to było nasze katharsis. Oprócz brokuła pokosztowaliśmy wszystkich rodzajów szaszłyków, czyli szpinaku, botwiny, cukini, tofu, kalmarów, wątróbki, wieprza i kurczaka. Moje faworyty to wątróbka i tofu, a także pyszny orzeszkowy sos.

rd2

Szaszłyki, choć smakowite, nie zaspokoiły naszego głodu, poza tym chcieliśmy wypróbować również inne smaki, np. japońskie, w tym sushi, ale niestety w suszowej restauracji zabrakło towaru, choć była dopiero 18:00. Szkoda, musieliśmy smutki zagryźć czymś słodkim i padło na wegańskie trufle i batony musli.

rd3

Zdrowe, niedrogie, ciekawe w smaku. I bardzo sympatyczna Pani nas obsługiwała, jeśli życie wiąże z handlem, to wróżę jej wiele sukcesów. Zaopatrzeni w słodycze popodziwialiśmy przez chwilkę okolicę, po czym udaliśmy się do domu, uciekając przed muzealnymi tłumami.

Advertisements