Maj

W maju na świat przyszła nowa obywatelka – bratanica J. Obywatelka jest na razie bardzo malutka, po narodzinach ważyła niecały kilogram, ale wszyscy mocno wierzymy, że już niedługo nabierze odpowiedniej masy, opuści swój inkubatorek i da się porwać w tęskne ramiona rodziców, babć, dziadków, ciotek (to ja!) i wujków (to J.!).

Maj był więc miesiącem wielkich emocji i wielkich nadziei, jakby to górnolotnie nie zabrzmiało. Z bardziej przyziemnych spraw donoszę, że dokucza mi nieco kolano, przez co musiałam złagodzić moje maratońskie zapędy. Biegam rzadziej, ale przynajmniej raz w tygodniu. Zaś po wypłacie zamierzam kupić odpowiednie buty. Moje 13-letnie adidaski:

adidasy

Źródło: nokaut.pl

chociaż kocham je czystą i młodzieńczą miłością do pierwszych (i jak dotąd jedynych) adidasów, chociaż wydają się być przewygodne,  nie wykazują specjalnej chęci do współpracy z twardą, asfaltową nawierzchnią i mogą niestety niekorzystnie wpływać na stan moich kolan. Mimo małego sabotażu, które stawy moje uskuteczniały, udało mi się przebiec w maju 29,47 km, a muszę dodać, że to nie wszystkie pokonane kilometry, a jedynie te, które zarejestrowało endomondo. Niestety niektóre moje kilometry aplikacja ta ignoruje, a wszystko dlatego, że mój smartfon jest zbyt smart i sam się odblokowuje i pauzuje endomondo w trakcie biegu. Ale moim zdaniem nawet wynik 29,47 nie jest najgorszy, jestem na dobrej drodze, by w ciągu roku przebiec 365 km.

Czas na bieganie i na inne przyjemności był mocno ograniczony nie tylko z powodu wizyt w szpitalu u nowej obywatelki i jej dzielnej mamy, ale także dlatego, że wiele się działo w dziedzinie towarzysko-rozrywkowej. Z czterech weekendów majowych jeden spędziliśmy na komunii, w kolejny wybrałam się do Warszawy na wieczór panieński mojej ulubionej koleżanki ze studiów, a dwa pozostałe spędziłam na bieganiu po sklepach w poszukiwaniu kreacji na różnorodne okazje, w tym na czerwcowe wesele. Skoro już jestem przy Warszawie, to muszę tu napisać, że miasto to nieustająco mnie przyciąga, mniej więcej od października 1998 roku, kiedy to byliśmy tam na wycieczce szkolnej. Wtedy zwiedzaliśmy Wilanów i Łazienki i Zamek Królewski w strugach deszczu, a w autokarze słuchałyśmy z koleżankami piosenek „Sen o Warszawie” Niemena, „Taka Warszawa” Beaty Kozidrak oraz „Ja mam to co ty” Wzgórza Ya-Pa 3. Potem było jeszcze kilka krótkich wypraw do Warszawy. Tym razem spędziłam tam niestety tylko 24 godziny, ale może wreszcie uda się zrealizować dłuższy wyjazd, planowany od dawna, żeby obejrzeć wszystko, co warte obejrzenia. I nie, nie mam na myśli Złotych Tarasów 🙂 Celuję raczej w Centrum Kopernika i Muzeum Powstania Warszawskiego. Warto byłoby też powtórzyć wjazd na taras widokowy PKiN, z którego zdążyłam teraz zrobić zaledwie kilka zdjęć.

Warszawa

Kliknij, żeby powiększyć

Z tego wszystkiego zapuściłam się kulturalnie. Książek było dramatycznie mało. Przeczytałam tylko „My właściciele Teksasu” Małgorzaty Szejnert + połowę drugiej. Wstyd mi!

Źródło: merlin.pl

Filmowo też nie był to najbardziej urodzajny miesiąc – wybraliśmy się co prawda dwa razy do kina – na „Kwartet” i „Przelotni kochankowie”, ale nie oglądaliśmy nic z zaciszu domowym, nie licząc „Gry o tron” i zaległych odcinków „Ugotowanych”.

Nie wiem, co mogę podać na swoje usprawiedliwienie. Może to, że zaczęłam uczyć się excela wieczorami?

Nie szaleliśmy również po kulinarnym Wrocławiu, nie licząc One Day Restaurant. Mało tego, zaliczyłam nawet jeden grzech w jadłodajni na M, nazywanej w reklamach restauracją. Ależ to śmieciowe jedzenie smakowało na kacu, po kilku godzinach podróży! Ale oczywiście nie zachęcam do naśladowania mnie. Mogę się pochwalić natomiast kilkoma własnoręcznie przyrządzonymi wspaniałościami – duszoną łopatką w sosie szpinakowym, miruną pieczoną i miruną smażoną na maśle oraz chilli con carne, które rozgrzało nas w jednym z tych zimnych, majowych dni.

Tymczasem nastał już czerwiec i mam nadzieję, że nadrobię w nim to, co po maju jest do nadrobienia.

Reklamy