Czerwiec

Minął czerwiec. Już ładnych parę dni temu minął.
Zaczął się w samym środku niby długiego weekendu (niby, bo w piątek pracowałam), spędzonego jak nie w pracy, to na poszukiwaniach kreacji na wesele. Skończył się zaś praktycznie razem z rokiem szkolnym 20012/2013, swoją drogą nie wiem, co to się porobiło, za moich czasów rok szkolny trwał najczęściej do 24 czerwca, a pamiętam nawet jedno zakończenie 21 czerwca. Biedne współczesne dzieciaki 😉

Obejrzeliśmy dwa filmy, ale za to jakie – „Boskie jak diabli” z piękną Penelopą Cruz i równie pięknym Gaelem Garcią Bernalem oraz „Rain Man”. Wstyd się przyznać, ale Rain Mana oglądałam pierwszy raz. Spodziewałam się trochę innego filmu, Tom Cruise mnie irytował, ale rola Dustina Hoffmana i tak wszystko przyćmiła.

filmy czerwiec

Źródła zdjęć: filmweb.pl i filmweb.pl

Z kultury udało mi się również zaznać czytelnictwa. W pociągu machnęłam „Zeznania Niekrytego Krytyka” – lekka, ale całkiem inteligentna książka vlogera, Macieja Frączyka, skierowana głównie do młodzieży. Zachowam w celu podrzucenia tej książki mojej siostrzenicy za jakieś 10 lat. Drugą pozycją była już znacznie wyższa literatura, mianowicie „Miłość w czasach zarazy”, czyli klasa sama w sobie. Co prawda czytanie książki zajęło mi parę lat (zaczęłam jakieś 4 lata temu, potem przerwałam, potem znowu przeczytałam parę(set?) stron, znowu przerwałam i dopiero teraz udało mi się doczytać do końca), ale to tylko dlatego, że popełniłam grzech numer jeden czytelnictwa – obejrzałam najpierw film (na dodatek 2 razy). Marquez wielkim pisarzem jest, niestety wszyscy twierdzą, że oprócz „Stu lat samotności” i „Miłości w czasach zarazy” wszystkie książki są już „zwykłe” i nie ma w nich tego klimatu, jaki można odnaleźć w wymienionych powieściach. Być może jest to prawda, dawno temu przeczytałam „Opowieść rozbitka” i choć też mi się podobało, to już nie było TO. Może ktoś mi poleci książki w klimacie „Stu lat..” i „Miłości…”? Chętnie wciągnę na listę (na której ciągle znajdują się jakieś przeczytane do połowy książki, w czerwcu „napoczęłam” już trzecią).

ksiązki czerwiec

Źródła zdjęć: merlin.pl i lubimyczytac.pl

Dosyć nikłe osiągnięcia na polu kulturalnym usprawiedliwiam po pierwsze podróżami (wesela itp.) oraz przygotowaniami do nich (poszukiwania sukienki to był koszmar, urządzanie wesela przed okresem przecen powinno być zabronione!), a potem korzystaniem z pięknej pogody. W czerwcu zrobiłam sobie kilka wycieczek rowerowych, niestety głównie po mieście, a nie po polnych dróżkach, ale przynajmniej udało się zahaczyć dzięki temu na węgierski piknik.

W czerwcu pokochałam szparagi. Po dwóch latach od naszego pierwszego razu, kiedy to plułam łykowatą goryczą, postanowiłam dać im drugą szansę.Tym razem zdecydowałam się na zielone. Okazały się przesmaczne i póki w sklepach nie zostaną same łykowate, będę je przyrządzać. Czerwiec to oczywiście również miesiąc truskawek i moich najulubieńszych z owoców – czereśni, a tym razem udało się ubiec szpaki i zjeść czereśnie prosto z drzewa rodziców! Można było poszaleć z truskawkami – tarty, muffiny, ale skupiłam się wyłącznie na koktajlach na bazie mleka lub jogurtu greckiego. W ogóle jeśli chodzi o pichcenie, to niewieloma daniami mogę się pochwalić – przypominają mi się wyłącznie zupy – serowa i rzodkiewkowa (tym razem dodałam młode listki rzodkiewki), oba dania mało letnie, bo bardzo rozgrzewające, ale akurat zimno było wtedy 😉 Pyszności jadłam natomiast w mojej chyba ulubionej wrocławskiej knajpie, Piecu na Szewskiej, zapiekane gnocchi w sosie pomidorowym.

Przebiegłam tylko 12 km wg endomondo. Strasznie mało. Naiwnie wierzę, że ta złośliwa aplikacja ucięła mi kilka. Jedyne, czym mogę się pochwalić w czerwcu w temacie sportu, oprócz jednej długiej przejażdżki rowerem, to buty do biegania.

buty

Kupiłam, pieniądze wydałam, więc biegać muszę. Tylko na razie nie mogę się przełamać, by biegać w deszczowe i upalne dni. W taki dzień, jak dziś (30 stopni na termometrze), czuję że kalorie uchodzą ze mnie z każdą kroplą potu, ale na upały narzekać nie zamierzam. Czekałam na nie całą tę zimę stulecia.

W ostatni czerwcowy weekend zaznałam niecodziennej przyjemności – wyskakałam się na trampolinie siostrzenicy. Spokojnie, trampolina ma się dobrze, dziury brak.

trampolina
I na końcu o pracy – nie przepracowałam ani jednej nadgodziny, nawet wzięłam 2 dni urlopu. Jeden z nich wykorzystałam na rozmowę kwalifikacyjną (a w zasadzie dwie, ale w jednej firmie) i ku mojemu zaskoczeniu zostałam przyjęta. Złożyłam wypowiedzenie, w starej firmie zostało mi już tylko kilka dni, które się dłużą jak dziadka kalesony. Za miesiąc będę pisała o pierwszych wrażeniach z nowej pracy. Losie, nie będziesz chyba tak złośliwy, gorzej nie będzie? 🙂

Advertisements