Lipiec

Znowu przegapiłam koniec miesiąca. Znowu podsumowanie poprzedniego wpadnie niemal w połowie kolejnego. Gdybym była działem kadr i w takim tempie rozliczałabym pensje za poprzedni miesiąc, nienawidzono by mnie 😉

Lipiec sponsorowała literka P jak praca, którą w tym miesiącu zmieniłam. W połowie miesiąca opuściłam mury jednej bezdusznej korporacji, by na drugi dzień wstąpić w mury innej. Czy równie bezdusznej, to się okaże. Na razie ogarniam, czy raczej – staram się ogarnąć. Pierwsze dni (i tygodnie) w pracy to nielekka sprawa. Ale w końcu mięśnie karku przestaną się spinać, kręgosłup przyzwyczai się do ciężaru dźwiganego codziennie laptopa, a ja zacznę rozumieć hasłowe komunikaty mojego Szefa. Jeszcze będzie przepięknie!

W każdym razie było trochę wzruszeń, trochę stresu, morze pożegnalno-powitalnego alkoholu, a czekolad i bombonierek mam w lodówce zapas na cały rok. Dostałam też najprawdziwszą, pożegnalną kalię 🙂 Czy nie jest piękna?

calla

Ale nie tylko pracowałam, nie tylko się żegnałam i witałam.

Dwa razy odwiedziliśmy nasze chyba ulubione Kino Nowe Horyzonty – przed i po zakończeniu Festiwalu Nowe Horyzonty. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy nie byłam na żadnym filmie w ramach Festiwalu. Jakoś mi nie po drodze. Obiecywałam sobie, że w tym roku będzie inaczej, ale najpierw trochę przegapiłam początek, a właściwie zorientowałam się w połowie trwania, a potem nie mogłam wybrać żadnego filmu, bo te, które mnie interesowały, były akurat puszczane przed godziną 18:00. Może za rok spróbuję. Na szczęście we wspomnianym kinie świetne kino można obejrzeć przez okrągły roczek, nie tylko od święta, pardon – od festiwalu.

Miesiąc otworzyliśmy seansem filmu „18 spotkań przy stole”. Świetne hiszpańskie kino. Na pewno nie dla amatorów mocnych wrażeń w kinie, a dla mnie bomba!  Drugi raz wybraliśmy się do kina na „Dziewczynę z szafy”. Kolejny polski film, który nie wpisuje się w powszechną, chyba trochę krzywdzącą opinię o polskiej kinematografii, że to żenada z żorżetą.  Dwa ogromne plusy filmu to dwie główne role – Wojciech Mecwaldowski w roli Tomka i Piotr Głowacki w roli Jacka. Piotra Głowackiego darzę uwielbieniem już za rolę kapitana Sobczaka w „80 milionów” i po tym filmie owo uczucie się ugruntowało. Rolę miał tu całkiem inną, a zagrał równie świetnie. Więcej Głowackiego w filmach poproszę.

Skoro już przy Głowackim jestem, to płynnie przejdę do obejrzanych filmów poza kinem, ponieważ przypomnieliśmy sobie właśnie „80 milionów”. Uwielbiam ten film. Inna powtórka to „Donnie Darko”, film dziwny, o dziwnym klimacie, film, który za pierwszym razem zrobił na mnie duże wrażenie (końcówka!) i który próbowałam rozpracować. Nie do końca się udało. Ale czy nie uważacie, że postać Donniego jest fantastycznie zagrana?

Źródło: filmweb.pl

Jeszcze jeden film obejrzeliśmy w lipcu. To film, który musiałam obejrzeć po „Rainmanie” – „Absolwent”, czyli absolutna klasyka. Aż wstyd, że obejrzana tak późno. Świetny Dustin Hoffman, cudowna pani Robinson, szczególnie ta starsza, Simon & Garfunkel oraz morał: nigdy nie jest za późno. I jeszcze moje braterstwo dusz z Benjaminem, który przyjechał do domu na wakacje i tak strasznie nie mógł sobie znaleźć tam miejsca – jak ja go rozumiem!

Źródło: filmweb.pl

Po gadowym przeglądzie filmowym czas na książki, o których znowu niewiele napiszę. Przeczytałam zbiór reportaży Wojciecha Tochman pt. „Schodów się nie pali”, z czego kilka reportaży już znałam i sama nie wiem, który zrobił na mnie większe wrażenie. Czy ten o Grzegorzu Przemyku, czy ten o Edwardzie Stachurze. A może ten o dzieciach odebranych rodzicom, wielokrotnie uciekających z domu dziecka i chroniących się po lasach. Tochman pisze tak, że czytelnikowi nie tylko pojawiają się w głowie obrazy opisywanych , ale zostają na dłużej.  Reportaże czyta się błyskawicznie, więc trochę wstyd, że żadnym innym tytułem nie mogę się tu pochwalić, ale nie próżnuję. Jestem w trakcie innej książki, niezwykle klimatycznej. Poza tym mam do czytania sporo prasy fachowej, a niektóre wieczory zdarza mi się spędzać przy moim służbowym laptopie, choć więcej tam cyferek, niż wielokrotnie złożonych zdań, pełnych bohaterów, świata przedstawionego i wartkiej akcji.

schodów się nie pali

Źródło: empik.pl

O ile zmiana pracy wpłynęła negatywnie na czytanie książek czy pisanie nowych postów na bloga, o tyle stworzyła okazję do kulinarnego rozwoju. Trzeba było przecież przygotować słodkie co nieco na pożegnanie z ludźmi ze starej firmy oraz na tzw. wkupne w łaski nowych koleżanek i kolegów.  Był więc serniczek z jagodami (inspiracja tym przepisem), babeczki z malinami, tarta cytrynowa i muffinki z jagodami i kruszonką.  Z wytrawności były ziemniaki z soczewicą – pycha! Tylko nie mam zdjęć, moje dania mianem instafoodu nie zostaną ochrzczone 😉

Skoro już jestem przy żywności, nie omieszkam się pochwalić tym, co wyhodowałam.  Przed Państwem poziomki i pomidory koktajlowe z balkonowych skrzynek:

pomidory i poziomki

Pozwiedzaliśmy kawałek kulinarnego Wrocławia – 2 razy odwiedziłam klimatyczny lokal o wdzięcznej nazwie „Bułka z masłem”. Za pierwszym razem wypiłam wyśmienity koktajl owocowy, doskonale słodko-kwaśny. Za drugim razem zdjadłam burgera i niczego mu co prawda nie brakowało, ale nie spowodował to u mnie burgerowej gorączki. Fanką nie jestem i nie zostanę. Nie wiem, skąd ta moda. Pozostanę wierna zasadzie, że poza domem lepiej jadać mięsa podawane w jak największym kawałku, a burgery tylko od święta, na zaspokojenie śmieciuchofazy, i tylko w rozsądnych cenach (czyli cheesburger za 3 zł w znanej rodzinnej restauracji 😉 a nie burger w modnej knajpie za 14 zł). Cóż, następnym razem w Bułce trzeba będzie zamówić jakąś zupę albo tartę – bo że lokal odwiedzać będę, to pewne. Zobaczcie, jak tam ładnie:

Innym razem postanowiliśmy poszukać kolejnej dobrej pizzerii i wypróbowaliśmy pizzę z Casa della Pizza. Była całkiem smaczna. A byłaby jeszcze smaczniejsza, gdyby gdyby nie fakt, że przejechaliśmy z nią z 2 lub 3 kilometry po nadodrzańskich wałach. Gdy do niej zasiedliśmy, nie wyglądała zbyt apetycznie. Trochę smaku pewnie też uleciało z każdym wertepem. Wożenie pizzy rowerem to nie jest najszczęśliwszy pomysł.

Jak bumerang wracamy do naszej ulubionej knajpki, czyli Pieca na Szewskiej. Wypróbowaliśmy kolejne smaki, tym razem foccacia z pomidorami, anchois, czosnkiem i kaparami. Przepycha! Co prawda zaraz po konsumpcji owej foccacii pękła mi dętka w rowerze, powodując huk jak armata i podrywając z krzeseł klientów Pieca, ale ponieważ byłam najedzona, nie zdenerwowałam się ani trochę na J., że za bardzo napompował mi koło 😉

Upały uniemożliwiły mi wykonanie biegowego planu, który na miesiąc wynosi 30 km. Tak, zwalmy to na upały. Przebiegłam łącznie tylko 17 km, ale udało się pobić mój mały rekord – przebiegnięcie 8 km. Do moich sportowych dokonań pragnę dorzucić jeszcze ponad 50 km na rowerze. Stare mięśnie nie próżnowały.

Jedną z wycieczek rowerowych odbyliśmy na drugi koniec miasta, na stary cmentarz żydowski – straszliwie zniszczony. O tym postaram się jeszcze napisać kilka słów, na razie tylko jedna fotka.

cmentarz żydowski1
cmentarz żydowski2

Jak widać, w sierpniu pozostaje dużo do nadrobienia, w temacie notek i nie tylko. Postaram się odezwać jeszcze w te wakacje 🙂

Reklamy