Sierpień

O sierpniu należałoby napisać w duchu patriotycznym, bo przecież już od lat zaczyna się Godziną W, następnie mija Bitwę Warszawską i Porozumienia Sierpniowe, aby skończyć bieg tuż przed ostrzałem Westerplatte z pancernika Schleswig-Holstein. Jednak w jakiś tajemniczy sposób wszystkie te rocznice mnie ominęły, może dlatego, że nie oglądam telewizji ani nie słucham radia. Nie słyszałam nawet syren wyjących w Godzinę W – nie wiem, czy dlatego, że byłam zbyt zajęta wychodzeniem z pracy, czy po prostu nikt ich nie uruchomił w tym roku.

Ale dosyć moich wynurzeń natury historycznej, przechodzę do rzeczy, czyli do małego przeglądu sierpnia.

Raz byliśmy w kinie, na filmie „Kto cie uczył jeździć?” – bardzo ciekawy obraz przedstawiający starania trzech osób o prawo jazdy. Polecam zarówno tym, którzy czekają na upragnione prawo jazdy, jak i tym, którzy egzamin szczęśliwie zdali. Więcej o filmie już wkrótce.

7518668

Źródło: filmweb.pl

To wszystko, jeśli chodzi o kino, ale nie próżnowaliśmy w kwestii kina kanapowego – youtube, iplex i inne takie dostarczyły nam niezłej rozrywki.

Na youtube obejrzeliśmy dwie części cyklu o Don Camillu. Pamiętam te filmy z dzieciństwa, ostatni raz były emitowane chyba w ramach pasma „W starym kinie” na TVP1, potem wpadło mi w ręce kilka książek, które pochłaniałam szybko i z przyjemnością. I akurat teraz postanowiłam sobie odświeżyć pamięć i przypomnieć sobie, jak to wyglądało na filmie. Zaczęliśmy od „Mały światek Don Camilla” i z rozpędu obejrzeliśmy również „Powrót Don Camilla”. A w kolejce jeszcze chyba 3 części 😉

Kawałek Włoch obejrzeliśmy również w filmie „Mine vaganti – o miłości i makaronach”, gdzie pokazana została kwestia homoseksualizmu w tradycyjnej włoskiej rodzinie. Brzmi nieco dramatycznie, a tymczasem film jest bardzo przyjemny, nie przytłacza, bo ten poważny temat podaje w sposób normalny, daleki od egzaltacji. Do tego piękne aktorki, przystojni aktorzy, trochę humoru i przecudne włoskie widoki. No i makarony. Więcej nie potrzebuję 😉

Odskocznią od włoskiego cyklu był film Woody’ego Allena „Poznasz przystojnego bruneta”, czyli typowo Allenowski obraz, tym razem osadzony w Londynie.

filmy sierpien

Źródło: filmweb.pl

W kwestii książek udało mi się przełamać granicę 1 miesięcznie. Przeczytałam „Weisera Dawidka”, któremu poświęciłam tę notkę, ale jeszcze tu wspomnę, że rzadko zdarzają się równie klimatyczne książki, więc gorąco polecam tę powieść. Następnie całkiem zmieniłam klimat – w przenośni i dosłownie, bo z gorącego Gdańska przeniosłam się prosto do Finlandii, niby też letniej, bo czerwcowej, no ale sami wiecie – Finlandia… Tak jak film „Kto cię uczył jeździć” niespecjalnie zachęca do wycieczek do Japonii, tak książka „Co Finowie mają w głowie” odstrasza przed podróżą do kraju św, Mikołaja i reniferów. Szczególnie w inne miesiące niż czerwiec i lipiec. Nie powiem, Skandynawia kusi mnie wysokim poziomem życia i racjonalizmem jej mieszkańców, ale ten klimat to coś okropnego i autor „Co Finowie mają w głowie” potwierdza, że moje wyobrażenia na temat życia w Skandynawii są całkiem realne, a więc ciemno, zimno i śnieg przez większość roku. A mnie załamuje zbliżająca się polska jesień i zima… Aczkolwiek samą książkę polecam, przyjemna lektura, zresztą cała seria, w ramach której ta książka została wydana, jest bardzo interesująca. Ukazały się jeszcze książki o: Japonii, którą czyta J. i o Izraelu, którą czytam teraz ja, a także kilka innych, których jeszcze nie mamy, ale pewnie zdobędziemy, niech no tylko będzie jakaś wyprzedaż w którejś księgarni.

książki sierpien

Z pochłanianych smakowitości pragnę pochwalić się trzema – muffinkami z borówkami, które piekłam w asyście siostrzenicy, po to by następnie zajadać się nimi podczas rejsu statkiem po Odrze, a na drugi dzień częstować moją pracową ekipę podczas podróży służbowej.
Druga moja duma to cukinia z nadzieniem pieczarkowo-sardynkowym, zupełnie autorski przepis, tylko zdjęcie gdzieś się zapodziało.
Trzecia to tagliatelle z kurkami, które J. zjadł w nieprzyzwoitej ilości około pół kilograma, a ja tylko parę dag, bo nie zdążyłam.
W sierpniu zrobiłam również pierwsze w tym roku przetwory, a były to korniszony wg przepisów Mamuni, z maminych ogórków i z dodatkiem maminego koperku. Jeszcze ich nie spróbowałam i nie wiem, czy Mamunia byłaby dumna. Sierpień to również miesiąc pierwszego zaparzenia yerba mate, ulubionego napoju  Zbuntowanego Anioła oraz Wojciecha Cejrowskiego. Nie była to miłość od pierwszego łyku, nadal nie jest to miłość, bo do czego? Ot – parzona zielenina. Ale skoro już kupiłam całkiem sporą paczkę, to będę ją sobie zaparzać, aż pokocham ten napój. Każdy smakosz mate mówi, że początki bywają trudne, a z każdym zaparzeniem jest tylko lepiej. Dlatego nie ustanę w boju.

wrzesien1

Skoro już przy kulinariach jestem, to muszę się pochwalić moim nowym kulinarnym nabytkiem, mianowicie książką : „Pałeczki chińskiej damy”. Wygrałam ją w konkursie zorganizowanym przez Olgę z bloga ich4pory.pl. Niniejszym dziękuję Ci Olgo, z nagrody bardzo się cieszę. W sierpniu miałam pokucharzyć po chińsku, ale nie wyszło, dlatego ogłaszam wrzesień miesiącem chińskiej kuchni.

książka

Kulinarny Wrocław w tym miesiącu to oczywiście nieśmiertelny Piec na Szewskiej, nowa pizzeria tuż pod domem (z prawdziwym Włochem!), w której próbowaliśmy piadiny, a także Cafe Borówka, w której za pierwszym razem zachwycaliśmy się się mrożoną kawą z czekoladą, a za drugim razem ta sama kawa mocno J. rozczarowała, ja zaś jadłam lody, które smakowały znacznie mniej ciekawie, niż wyglądały. Za to natrafiłam na pyszne lody w zwykłej budce na Wyspie Piaskowej, o smak bodajże veneziana, polecam smakoszom pomarańczy i skórki pomarańczowej.

kulinarny Wrocław sierpien

W kwestii wypraw należy wymienić tę na Wrocławski Bazar Smakoszy, a także weekendowe pedałowanie, , pierwszą moją służbową podróż (do miasta, które rogaczem na wieżowcu wita jeleni), zakupy w Ikei, nowej wielkiej wrocławskiej Ikei (może to brzmi zabawnie, ale dla mnie to naprawdę wyprawa, bo Ikea jest na przeciwległym krańcu miasta) oraz rejsy po Odrze – łódką z J. i prawdziwym statkiem z rodzinką.

rejs

W bieganiu wielkich postępów nie poczyniłam, zaniechałam biegania po pracy, ale staram się potruchtać w weekendy. Nie wiem, ile dokładnie kilometrów przebiegłam, endomondo mi od czasu do czasu strajkuje, szaleje, wyłącza się, więc wszystkiego nie liczy. Pokazuje raptem 2 treningi po 4,5 km, ale moim zdaniem były przynajmniej 3 po 4,5 km i jeden totalnie nieudany, kiedy to osłabłam po oszałamiającym dystansie 1500 metrów (straszliwie duszno było wtedy). Liczę więc za sierpień 15 km, mało, ale może teraz, gdy temperatury spadną nieco, będzie się biegało przyjemniej. Zaległości biegowe nadrabialiśmy rowerem – 55 km (wg endomondo, kto wie, ile faktycznie). Podczas jednej z jednośladowych przejażdżek, kiedy objeżdżaliśmy od tyłu wrocławskie zoo, udało nam się wypatrzyć jednych z rezydentów. Całkiem blisko podeszły, żebyśmy mogli zrobić im zdjęcia. Ale na tych zdjęciach wyglądają strasznie smutno. Mam nadzieję, że to tylko wrażenie spowodowane przez te kraty.

miski w zoo

Zadbałam również o kondycję J. Pewnej soboty wybraliśmy się nad Odrę z zamiarem popływania. Nie wpław, ale jakimś wehikułem. Tylko że nie było rowerów wodnych, a do kajaku nie wejdę, bo się boję. Została łódka wiosłowa. Pan wypożyczający twierdził, że kajak ma tę zaletę, że wiosłują w nim dwie osoby, a nie jedna, jak w łódce. Nie nazwałabym tego wadą łódki. J. dzielnie się spisał wiosłując przez godzinę. Co prawda wyszło to trochę drożej niż godzina na siłowni, ale na siłowni nie ma urokliwej Odry, Oławki (rzeczka wpływająca do Odry), widoków na wrocławskie mosty od spodu, świeżego powietrza, no i mnie, siedzącej na dziobie 🙂

łódką po Odrze i Oławce
Sierpień był zdecydowanie dobrym miesiącem. Parę rzeczy zostało do podciągnięcia, ale uważam, że sierpniowe weekendy zostały naprawdę dobrze wykorzystane.

Reklamy