Wrzesień

Wrzesień zaczął się wyprawą na wieś, do moich rodziców, a skończył się  małą wycieczką do Reichu. Wszystko, co było pomiędzy, można by zawrzeć w kilku słowach – zimno, praca i mega stresujące premiery gier komputerowych, ale swoim zwyczajem rozbuduję nieco ten opis.

W kinie byliśmy raz i muszę przyznać, że się strasznie zawiodłam na czeskim filmie. Czeskim, a zatytułowanym „Polski film”. Okazał się ciężko strawny i męczący, gdybym chciała być złośliwa dla polskich filmowców, powiedziałabym, że to przez ten tytuł. A tak naprawdę, to nie wiem, na czym polegał defekt – temat? scenariusz? montaż? męczące kreacje aktorskie? a może zmęczenie po pracy (do kina na ogół wybieramy się w poniedziałki)? Nie wiem, ale jeśli ktoś zechce zaryzykować i obejrzeć ten film, z chęcią poznam jego opinię, ja się męczyłam, co na czeskiej produkcji zdarzyło mi się po raz pierwszy.

polski film

Źródło: filmweb.pl

Trochę lepiej trafialiśmy z filmami na Iplexie. Zaczęło się od „Sztuki płakania„, który okazał się mocniejszy, niż można było się domyślić po opisie. Ot, niepozorny, relaksujący, skandynawski filmik okazał się poruszać niezwykle poważne tematy, nie będąc przy tym irytująco patetycznym. Uważam ten film za wyjątkowy i polecam wszystkim, ale niekoniecznie na relaksujący wieczór przy piwku i chipsach.

Do tego o wiele bardziej będzie pasować czeski film pt. „Pod jednym dachem„. Jak na niego trafiłam? Pewnego razu widziałam w witrynie księgarni książkę pt. „Gówno się pali” Petra Sabacha. Nie żebym miała jakieś zamiłowanie do tematu fekaliów, ale tytuł mnie zaciekawił, znalazłam opis i informację, że na podstawie tej kultowej podobno książki nakręcono równie kultowy film – komedię osadzoną w realiach lat 60, opisującą dorastanie, pierwsze miłości, różnice pokoleń i inne wszystkim znane tematy. Bardzo przyjemnie spędzone 115 minut.

Zostaliśmy w tematyce dorastania i zobaczyliśmy film pt.  „Boy” produkcji nowozelandzkiej. Historia chłopca, wychowywanego z bratem przez babcię, zakochanego w Michaelu Jacksonie i pewnej szkolnej gwieździe. Pewnego dnia do domu wraca ojciec, którego Boy w swoich wspomnieniach nieco wyidealizował. Temat konfrontacji dziecięcych wyobrażeń z rzeczywistością nie jest jakiś świeży, ale sposób jego ujęcia – już tak. Zresztą każdy film pochodzący z jakiegoś odległego zakątka świata (i nie mam tu na myśli Kaliforni) to całkiem nowa jakość i zupełnie inne spojrzenie na niektóre wydawałoby się oklepane tematy.

Nowozelandzki klimat tak nam się spodobał, że rzuciliśmy się na jeszcze jeden film tej produkcji, mianowicie „Orzeł kontra rekin„.  Ten film jest z kolei o miłości, ale nie takiej cukierkowej, tylko o miłości dwojga outsiderów, z których jedno (on) jest ewidentnym freakiem. Ciekawe i nietypowe spojrzenie na związek. Ode mnie dodatkowy plus za animację z jabłkami.

filmy wrzesień

Źródło: filmweb.pl

W autobusach, tramwajach oraz w wannie udało mi się przeczytać prawie dwie książki w tym miesiącu. Prawie, bo do końca drugiej brakuje jakieś kilkadziesiąt stron, więc o niej będzie w podsumowaniu października, a teraz napiszę tylko o tej dokończonej. W sierpniu przeczytałam „Co Finowie mają w głowie”. W tym miesiącu sięgnęłam po kolejną książkę z tego cyklu: „Gdzie sobota jest niedzielą. Niemiecki student w Izraelu” i poczułam się jak w Jerozolimie, smakowałam uroków miasta, niedogodności koszernego życia oraz wybrałam się na wycieczkę do strefy Gazy akurat w czasie zaognionej sytuacji na linii Izrael-Palestyna. Było warto, choć mam to samo co z poprzednią książką – odechciało mi się na jakiś czas wycieczki do Jerozolimy.

gdzie-sobota-jest-niedziela

Kulinarnie w tym miesiącu się nie wyżyłam, gdyż wracałam o 20 do domu i obiadokolacje gotował J. W ostatnim miesięcznym podsumowaniu ogłosiłam wrzesień miesiącem chińskim w naszej kuchni, ale udało mi się przyrządzić dopiero dwie potrawy z książki otrzymanej od Olgi Cecylii. Parę przepisów wypróbował również J., ale nie będę podkradała jego dokonań. Ja przyrządziłam krewetki po syczuańsku i ziemniaki z imbirem, czyli placuszki ziemniaczano-porowe z wyraźną nutką imbiru. Pyszności, jeszcze raz dziękuję Ci, Olgo! Jednocześnie wypada mi przedłużyć „chiński miesiąc” na kolejne 4 lub więcej tygodni.
chiński wrzesień

Zrobiłam tylko jedno ciasto – malinowe. Poza tym stworzyłam nowy koktajl, którym regenerowałam siły po bieganiu, a którego głównym składnikiem były figi. Do tego banany i jogurt naturalny, proste, a przesmaczne.

ciasto malinowe

Udało mi się zasmakować trochę nowości w kulinarnym Wrocławiu – w sushi barze Szajnochy 11 zjadłam pierwszą w życiu zupę miso i trzecie w życiu sushi. Sushi jak sushi, ale zupa bez szału. Ale może mówię tak tylko dlatego, że zaprawiona shotami o niebiańskiej nazwy Stardust, na drugi dzień nie czułam się najlepiej i całym moim cierpieniem obarczyłam biedą miso. Innym razem natomiast wybrałam się do żydowskiej restauracji Sarah w żydowskim zakątku Wrocławia, z żydowskimi potrawami. Zarówno mój łosoś w towarzystwie kalafiorowej zapiekanki, jak i placki ziemniaczane ze szpinakiem i camebertem, które zamówiła koleżanka, były przepyszne. Chyba będę odwiedzać ją regularnie.

W bieganiu tylko I połowa miesiąca jest godna pochwały – przebiegłam łącznie 11,5 km, ale zdobyłam dwa endomondowskie puchary – za najlepszy czas na 3 mile i na 5 km (tyle że jedno i drugie to prawie to samo:)). A potem  zaczęła mnie boleć noga, później  zrobiło się okropnie zimno i odechciewa się nos wychylać z domu. Rower też porzucony – długa i mało przyjemna (kierowcy wyprzedzający na zapałkę potrafią zabić całą radość z pedałowania) przejażdżka północnymi rubieżami Wrocławia najprawdopodobniej zamknęła rowerowy sezon 2013.  Na swoją szansę czekają joga i gimnastyka korekcyjna, o ile kiedyś wyjdę z pracy na tyle wcześnie, by zdążyć na zajęcia.

ostatnia wyprawa rowerowa

Z wrześniowych atrakcji warto wspomnieć o dwóch: bazar ogrodniczy, na którym zaopatrzyłam się w muchołówkę i dzbanecznik, fantastyczne pułapki na owady oraz wyprawa weekendowa do Drezna, o której jeszcze troszkę napiszę. Tymczasem na zachętę prezentuję tylko jeden mały widoczek:

1

Advertisements