Z wizytą u króla Sasa

We Wrocławiu mawia się, że bliżej nam do Berlina niż do Warszawy, i chodzi nie tylko o odległość mierzoną w kilometrach.
A jeszcze bliżej z Wrocławia mamy do Drezna, miasta sztuki, Sasów i nalotów dywanowych. Drezno jest położone w takiej odległości, że z wycieczką zawierającą spacer po starówce, zwiedzanie dwóch muzeów oraz jarmarku adwentowego można zamknąć się w jeden zimowy dzień – w takiej brałam udział, po drodze w jedną stronę zwiedzaliśmy jeszcze Miśnię, a wracając zahaczyliśmy o browar w Radebergu. Jednak do tego typu wyjazdów mam uraz (ciekawe dlaczego) i od pewnego czasu uznaję tylko wyjazdy na własną rękę.

Z Wrocławia kursuje nawet pociąg do Drezna, który wyjeżdża sobie o 6:35, 12:35 i 18:39  z Wrocławia, by być na miejscu po mniej więcej 3 godzinach i 25 minutach. Powrotne pociągi kursują również 3 x dziennie – o 8:09, 12:09 i 18:09.

Pomimo całkiem znośnego połączenia kolejowego, my wybraliśmy się samochodem, który otrzymaliśmy na weekend w ramach prezentu. Podróż samochodem to jakieś 2:40 do 3 godzin ze względu na budowę trzeciego pasa na A4 tuż za granicą z Niemcami oraz kursowanie po mieście w poszukiwaniu wjazdu do Q-Parku.

Q-Park czyli parking podziemny umiejscowiony pod starówką. Gdy tylko z niego wyszliśmy, naszym oczom ukazał się taki oto widok:

d19a
Tak, stanęliśmy u stóp Frauenkirche.
Co do samego parkingu – miejscówka świetna ze względu na położenie, ale droższa, niż to podawały różne źródła informacji – kosztowała nas 1 € za 25 minut. Te 25 minut to chyba czysta złośliwość, musiałam skrupulatnie wyliczać na zegarku, czy już nam się zaczęła kolejna  25-minutówka – system półgodzinny byłby najwidoczniej zbyt prosty. Ponadto nie obyło się bez spostrzeżenia „mądry Polak po szkodzie”, bo drugiego dnia odkryliśmy niedaleko położony parking za 0,5 € za godzinę, tyle że pod gołym niebem (a tak naprawdę to pod dębami – żołędzie spadające na samochody dodawały temu miejscu niesamowitego uroku).

Wróćmy pod Frauenkirche – jak widać kościół ma przecudowną bryłę, wnętrze pewnie równie zachwycające, ale nie udało mi się dostać do środka – kolejka zdawała się nie mieć końca. W takiej to ja mogłam stanąć w Rzymie, żeby wejść do Bazyliki Św. Piotra. W Dreźnie byłam jakieś 24 godziny i szkoda mi było 2 z nich poświęcać na kolejkę. Frauenkirche obfotografowaliśmy ze wszystkich stron i na razie to nam musi wystarczyć. Następnie odbyliśmy spacer po Neumarktu i Altmarku – zapuściliśmy się w jarmark jesienny, który odbywał się na Altmarku, weszliśmy do jednego z przyległych kościołów, w którym odkryliśmy wystawę poświęconą nazizmowi i II wojnie światowej. W poszukiwaniu planu miasta weszliśmy do galerii handlowej, która zajmowała chyba z 15 przylegających do siebie kamienic. Spacerowaliśmy obok Zwingera, następnie zapuściliśmy się w uliczkę pełną czekoladziarni.
d106d105
W czwartej 25-minutówce odjechaliśmy z Q-Parku do naszego hoteliku z ogromnym jak na nasze wymagania apartamentem (łazienka była 2x większa niż moja własna), aby po chwili znowu wyruszyć do centrum, tym razem na piechotę.

Przechodziliśmy przez przemysłową dzielnicę, w której piękne kamienice z XIX wieku sąsiadowały vis-a-vis z kominem wyglądającym jak komin elektrowni jądrowej, który udawał, że jest czymś innym, pomalował się, cwaniak, w niebiesko-zielone (błękitno-miętowe) pasy dla niepoznaki. Ludzie jednak poznali się na spryciarzu, bo opuścili swoje mieszkania – kolejne rzędy kamienic były wyludnione, a okna były pozabijane. W jednym niezabitym oknie widziałam drzewo, chyba brzozę. Niemcy to naprawdę wymagający naród, skoro im byle kominek przeszkadza. Z kolei dziwię się, że Polacy jeszcze nie zajęli tych pustostanów. Czy w Niemczech nie ma prawa o zasiedzeniu?

d110
Po piętnastu godzinach spaceru przez fabryczną dzielnicę Drezna dotarliśmy do nieco bardziej przyjaznych krajobrazów – wylądowaliśmy w World Trade Center. Nie ma co prawda dwóch wież, ale i tak jest to wdzięczny obiekt do fotografowania.

d111
Stamtąd już rzut beretem pod Zwinger, który spokojnie obeszliśmy, zachwycając się widokami, detalami architektonicznymi oraz wielkim balonem, który nad Zwingerem przeleciał. Ponieważ była już prawie 18:00, z głowy mieliśmy wszystkie muzea, które w Zwingerze się mieszczą. W Galerii Starych Mistrzów i Zbrojowni byłam już poprzednim razem (podczas tej super ekstra skondensowanej wycieczki), ale chętnie bym odwiedziła Salon Matematyczny i Salon Fizyczny, niestety nie udało się tym razem. Skupiliśmy się na powolnych, leniwych spacerach (nie mieliśmy zbyt wiele sił) i fotografowaniu architektury – Zwinger, Opera Sempera, Zamek, Katedra Świętej Trójcy, pomniki, rzeźby, elewacje, znowu Frauenkirche, uliczki, armata, zielony ludzik ze świateł… I tak do zmierzchu.

d2
d129d135
Gdy skończyło mi się miejsce na karcie SDHC, a ręce skamieniały z zimna, postanowiliśmy poszukać knajpki celem zjedzenia niemieckiego wursta. Po długich, jak to ze mną zwykle bywa, poszukiwaniach takowej, zasiedliśmy przed wurstem (J.) i mało niemiecką piersią z kurczaka (ja), popijając piwem (J.) i grogiem (próbowałam, ale nie wyszło, domówiłam jeszcze herbatę). Kolejnym punktem wieczoru była wizyta w Lidlu celem zakupu hanuty, żelków oraz piwa, bo przecież w Niemczech dyskonty nie pracują w niedziele. Po hulankach w Lidlu zabrakło nam 0,5 € na tramwaj, więc odbyliśmy kolejny spacer po centrum, tym razem w poszukiwaniu bankomatu. Kiedy szczęśliwie udało się go odnaleźć i zakupić, jak Pan Bóg przykazał, bilet, wdaliśmy się w pogawędkę z niezwykle miłym starszym państwem, która rozpoczęła się od pytania, w jaki tramwaj powinniśmy wsiąść. Od tramwaju niedaleka droga do wycieczek do Breslau, Pragi, podobieństwa języka polskiego, czeskiego i rosyjskiego oraz kwestii Słowian Łużyckich i dwujęzycznych nazw – niemieckich i łużyckich – w landzie Saksonia. Ten długi dzień zakończył się szybko, jak tylko dotarliśmy do naszego apartamentu.

Niedziela rozpoczęła się wycieczką pod Yenidze, najpiękniejszą fabrykę świata. Spójrzcie i oceńcie, czy nie mam racji:

yenidze
d137
Potem, po znalezieniu wspomnianego parkingu, udaliśmy się na śniadanie na jarmark jesienny, a naszym celem był znowu wurst, tym razem  bułce. Szczerze mówiąc najzwyklejsza kiełbaska ze stoiska za 1,5 € była znacznie smaczniejsza od „firmowych” kiełbasek, które jadłam ostatnio w Polsce i które smakowały makulaturą sporządzoną z „Życia na gorąco”.

Na jarmarku zaopatrzyliśmy się w obowiązkowe pocztówki – być może wrócimy do postcrossingu – z których dwie wysłaliśmy do Polski, do rodziców. Doszły w niecały tydzień! Następnie udaliśmy się do klimatycznej okrąglutkiej kawiarenki, zwanej najmniejszą kawiarnią w Dreźnie, na kawę i czekoladę. Czekolady nigdy za wiele, więc zahaczyliśmy jeszcze o sklep czekoladowy i kupiliśmy kolejne słodkie pamiątki z Drezna.
d407

d402
d403

Powłóczyliśmy się jeszcze po starym mieście, po czym wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na drugi brzeg Łaby, żeby odwiedzić najpiękniejszy na świecie sklepik mleczny. Największą jego wadą jest to, że nie wolno tam robić zdjęć. I chyba dlatego poczułam silną potrzebę kupienia czegoś. Kupiłam torbę z motywem krowy, a zestaw magnesów za 7€ darowałam sobie, choć były piękne, a magnesy obok pocztówek uważam za obowiązkowy zestaw pamiątkowy. Wcześniej zakupiłam już jeden, więc nie będę się wygłupiać, tak tak… Na szczęście moja Siostra wybiera się za jakiś czas do Drezna, już dostała zlecenie związane z magnesami za 7€, o których nie mogę zapomnieć. Sklepik był ostatnim punktem na programu, po nim wyruszyliśmy w drogę do domu, która ze względu na remont autostrady prowadziła w tę stronę po niemieckich wioskach. Pięknych wioseczkach, prawie jak z serialu „Doktor z alpejskiej wioski”, tylko zamiast Alp górowały nad domami wielkie wiatraczyska. Piękna jest Saksonia, ze swoją stolicą na czele.

d7

Advertisements