Październik

Miesiąc studencki rozpoczął się korkami, ponieważ Jakiś Wybitny Strateg postanowił przywitać powracającą do miasta brać studencką zamknięciem jednej z głównych ulic. Natomiast pożegnanie z „nieśmiertelnikiem, żółtym październikiem” odbyło się w towarzystwie pięknej złotej jesieni, którą mogłam obserwować dzięki uprzejmości Szefostwa, gdyż mój dział otrzymał całkiem nowy pokój, wyposażony tym razem w okno.

W październiku bardziej dotowałam kulturę, niż z niej czerpałam, co świetnie widać na przykładzie książek. Kupiłam ich chyba dżiliard, a przeczytałam dwie (+ trzecią bardzo malutką + czwartą złożoną głównie ze zdjęć, więc  nie wiem, czy powinnam je wliczać). W tym miejscu chcę podziękować Centrum Handlowemu Korona za zorganizowanie promocji, która zachęciła mnie i J. do takiej książkowej rozpusty. Oto wyniki:

książki-p2
Wracając do przeczytanych książek – w październiku udałam się w fascynującą podróż po Europie z Billerm Brysonem, który w książce pt. „Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych” opisał swoją podróż od koła podbiegunowego aż po Cieśninę Bosfor.  A ponieważ jest Amerykaninem o bardzo ciętym języku, spod jego pióra wyszedł ciekawy, trochę satyryczny obraz Europy z początku lat 90-tych. Żałuję tylko, że autor nie odwiedził wówczas Polski. Na pewno miałby bardzo interesujące spostrzeżenia.

Druga książka października to pozornie zupełnie inny biegun, ale również jest to amerykańskie spojrzenie na Europę. Mowa o „Lekcjach Madame Chic” autorstwa Jennifer L. Scot. Książka nie jest z gatunku tych, które pobudzają intelekt do pogłębionego dyskursu – to tylko książka o francuskim stylu życia i poradach, jak ów styl osiągnąć bez emigracji do Paryża. Nie spodziewałam się fajerwerków, a jednak trochę mnie rozczarowała. Autorka nie pokusiła się o wyjście poza schematy. Świat dzieli się na eleganckie Francuzki, które nigdy przenigdy nie zakładają na siebie dresów, toalety sprzątają w najlepszych sukienkach i które nawet, za przeproszeniem, pierdzą z klasą, oraz na resztę świata, głównie Amerykanów, którzy są zaniedbani, jedzą śmieciowe jedzenie, a kultura to dla nich głupkowate seriale. Znajdzie się tam kilka ciekawych rad, ale nie ma niczego odkrywczego. Chce ktoś kupić celem podjęcia ze mną polemiki? Tanio sprzedam 🙂

Trzecia pozycja to łup na realowskiej wyprzedaży książek. Książką ciężko to nazwać. To raczej przedmiot złożony ze zszytych kartek, opatrzony niewielką ilością tekstu i przytłaczającą ilością zdjęć, stosowany głównie do relaksu w wannie. Jako że tematem przewodnim, a jednocześnie tytułem były schowki, a ja akurat postanowiłam umeblować mieszkanie po dwóch latach prowizorki, owa książką została pożarta dość szybko. Niestety, wielu inspiracji nie znalazłam, bo i loftu nie mam, a jedynie zwykłe mieszkanie. Ostatnia pozycja to malutka książeczka o blogowaniu – „Poradnik dla bloggerów” autorstwa Margaret Mason. Składała się ze 100 pomysłów na ciekawy blog. Niestety żaden nie przypadł mi do gustu, ale przynajmniej pewnego dnia podróż do pracy upłynęła dość szybko – podróż w jedną stronę, bo książeczka jest, powtórzę, malutka.

ksiazki-p

Przechodząc do dziesiątej z muz muszę z żalem stwierdzić, że tylko raz udało mi się wyrwać z kieratu i poniedziałkowy wieczór spędzić w kinie, a nie w biurze. Mieliśmy do wyboru „Grawitację” oraz trzy polskie filmy: „Wałęsę”, „Ambassadę” oraz  „Chce się żyć”. Zdecydowaliśmy się na ten ostatni. Powiem tylko, że nigdy nie wyszliśmy z kina tak zapłakani (obydwoje!), a jednocześnie ciężko trafić na film z podobnym ładunkiem pozytywnej energii.
W domowym zaciszu nadrobiłam zaległości z klasyki kina – J. wreszcie udało się namówić mnie na „Fight CLub” i to tylko dlatego, że zdradził, o co w tym filmie chodzi. Przyznałam mu rację, że bardzo ciekawy to obraz, ale obsada mogłaby być lepsza. Ed Norton był świetny, Helena Bonham Carter cudowna, zaś Brad Pitt cudownie irytujący. Mam jakiś uraz do tego aktora i żaden „Fight CLub”, „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, ani nawet cały zastęp „Bękartów Wojny” tego nie zmieni.

filmy-p
Pod względem kulinarnym październik to miesiąc pomarańczowych warzyw, szczególnie jednego, tego pękatego. Nie inaczej było w mojej kuchni, bo gościły w niej: muffinki marchewkowe (inspirowane tym oraz tym przepisem), zupa dyniowa (tu inspiracji było więcej: ta, ta i ta), tarta dyniowa, dżem  z dynią (J. zdążył znienawidzić to biedne, pękate warzywo). Dla równowagi trzeba było przyrządzić również coś niepomarańczowego: spaghetti z kurczakiem i orzeszkami, kotlety z kalafiora i wegetariański pasztet z białej fasoli, który kompletnie mi nie wyszedł. Z fasoli najlepszy jednak jest smalec!
Poniżej mały przegląd tego, co zdążyłam sfotografować przed całkowitą konsumpcją.

gotowanie-p
Podsumowując październikowe obżarstwo, pokażę jeszcze tort autorstwa mojej Siostry, upieczony na urodziny Rodziców. Pyszny!

tort3
W comiesięcznym podsumowaniu pora na wiadomości sportowe. Raz wypuściłam się na niedzielny popołudniowy jogging, ale przekonałam się, że bieganie jesienią nie jest takie fajne, jak bieganie wiosną i latem, więc prawdopodobnie tymi 5 kilometrami zakończyłam sezon biegowy A.D. 2013. Za to ostatniego dnia października dotarła do mnie tajemnicza przesyłka, której zawartość pozwoli mi w sezonie jesień-zima 2013 ćwiczyć inne partie mięśniowe, głównie te położone bliżej placów.

tchibo
Życzę słodkiego listopada i zostawiam Was z piosenką, która nie wiedzieć czemu ;), właśnie z listopadem mi się kojarzy:

Advertisements