Listopad

Listopad rozpoczął się szczekaniem psa sąsiadów w pierwszolistopadowy poranek i prawie cały upłynął pod znakiem tej niezwykle miłej dla mego ucha melodii.

Oprócz tradycyjnych wypraw na cmentarze, wzięliśmy udział w mniej tradycyjnej, ale bardzo sympatycznej Paradzie Niepodległości. Z tych niestandardowych atrakcji muszę wspomnieć również o L4 (całkiem fajna opcja, bo miałam więcej czasu na wsłuchanie się w barwę głosu wspomnianego psa) poprzedzone pierwszą w życiu przejażdżką karetką (nawet jak się rodziłam, to mama pojechała do szpitala autobusem) i drugą w życiu wizytą na SORze. Było nie najgorzej, nie licząc 1,5-godzinnego oczekiwania na przyjazd pogotowia, ale za to panowie ratownicy byli bardzo sympatyczni i cały czas starali się mnie rozbawić. Gdy mnie nie rozśmieszali, to wspominali sobie swoje przygody zawodowe. Tak jak policjanci wspominają przestępców, którzy wyjątkowo zaszli im za skórę, tak jak ekspedienci wspominają wyjątkowych klientów, którzy np. zostawili w sklepie dużo gotówki, tak panowie opowiadali sobie o najtrudniejszych przypadkach. Gdy zaczęli rozmawiać o tym, jakich najmłodszych pacjentów (n i e u r a t o w a n y c h) mieli, zapragnęłam wziąć swoje łóżko na kółkach i zwiać z tej SORowej poczekalni. Dosyć ponury klimat. Ale na szczęście udało mi się wyjść całej, zdrowej i na własnych nogach jeszcze tego samego dnia.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam tyle wolnego w jednym miesiącu, bo i dwa długie weekendy i ponad tydzień na zwolnieniu. Powinnam tu zamieścić listę dżiliarda rzeczy, które zrobiłam, obejrzałam, przeczytałam. Tymczasem ograniczyłam się głównie do filmów.

Nawet książek porządnie w tym miesiącu nie przeczytałam. Bo cienkimi książeczkami w liczbie jeden i pół, nawet jeśli są w języku angielskim,  nie ma co się chwalić. To mimo wszystko są tylko cienkie książeczki. Tak jak czasopisma pozostaną czasopismami, nawet jeśli to są Polityki, Chimery, a nie Avanti. Przyznam szczerze, że doznałam zastoju literackiego. Zaczęłam czytać jedną książkę, do innej wróciłam po dłuższej przerwie. Ale nic nie udało się dokończyć. O, to naprawdę wielki blamaż (że tak polecę cytatem z „Igraszek z diabłem”).

Nadrobiłam za to filmami. W naszym ulubionym kinie w nasze ulubione dni (tanie poniedziałki) i w naszych ulubionych porach ani razu nie pojawiło się coś, co chciałabym obejrzeć. Trzeba było ratować się iplexem i DVD. Obejrzeliśmy:
Dużą rybę” – nie pierwszy raz, choć po raz pierwszy widziałam końcówkę. Idąc śladem Heleny Bohnam-Carter trafiliśmy na świetny film „Tost – historia chłopięcego głodu„, który opowiada historię pewnego znanego chyba kucharza – Nigela Slatera  (ciekawe, czy ktoś by rozpoznał aktora odgrywającego główną rolę). Skoro byliśmy przy jedzeniu, na kolejny seans wybraliśmy hiszpańskich „Grubasów„, czyli historia o otyłości opowiedziana w bardzo europejskim stylu. Poczuliśmy się po niej niezwykle ciężcy, więc kolejnym filmem było dietetyczne jabłuszko, czyli „Jobs” (fatalny film, polecam tym, którzy chcieliby się poczuć jak na zebraniu motywacyjnym ze speechem prezesa). Skoro już byliśmy przy kreatorze jednej z wielkich marek, musieliśmy się przyjrzeć powstaniu innej, dlatego następnego dnia obejrzeliśmy „The social network” – dużo, dużo lepszy niż „Jobs”, nie było głupich przemówień, no i Jesse Eisenberg świetny był w roli Zuckerberga. Potem zapragnęłam czegoś pozytywnego i trafiłam na „Kochanków z księżyca” – zakręcony obraz z wybitną obsadą (Bruce Willis, Bill Murray, Edward Norton), a na koniec miesiąca wzięło mnie na poważny i poruszający temat „Pół na pół” (ale chyba miałam słaby dzień, bo wszystko mnie w tym filmie irytowało, nawet Joseph Gordon-Levitt, którego lubię od czasów, gdy na nowo powstałym kanale TVN Siedem oglądałam „Trzecią planetę od słońca”). Razem siedem filmów, szkoda, że nie wszystkie jednakowo udane.

filmy

Sporo czasu spędziłam w kuchni.  Spłodziłam tam oprócz klasycznej pomidorowej: nadziewane kalarepki, własnogłownie wymyślone nadziewane pieczarki, polędwiczki z suszonymi pomidorami, muffinki bananowe, ciastka kokosowe, tartę z budyniem i bananami, a nawet kompot z pigwy. Tyle dobra, a ja na zdjęciu mam uwiecznione tylko kalarepki i pomidorówkę.
kulinarnie
Kiedy nie chorowałam, zdarzało się wyskoczyć do knajpy. Odwiedziliśmy Sarah, w której co prawda nie było pysznego dorsza z plackiem kalafiorowym, ale lazania z macy też była smaczna. Byliśmy również w Mexico Barze, gdzie jak zwykle zjedliśmy smaczne dania, których nazw nie wymawiamy poprawnie. Innym razem wybraliśmy się na śniadanie w knajpce o wdzięcznej nazwie Karawan. O, co to było za śniadanie! Tylko atmosfera jakaś taka niezachęcająca do powtórnych odwiedzin. Nie chodzi mi o ciastka w kształcie trumien i trumny na ścianach, bo nawet zabawne były, ale spodziewałam się bardziej kameralnego i cichego lokalu, z ograniczoną ilością rozkrzyczanych licealistów, no i odrobinę bardziej uprzejmej obsługi. Byliśmy również w Piecu na Szewskiej, bo cóż to byłby za miesiąc bez Pieca? Wpadliśmy tam na Piecowe urodziny, najedliśmy się jak zwykle do syta przepysznistą pizzą i dostaliśmy w prezencie ciastka w kształcie – o dziwo – pizzy. Trochę się połamały, ale czy nie są urocze?

kulinarny listoapdowy Wrocław

Moje chorobowe miało dosyć pozytywny wpływ na moją kreatywność, bo powstały w tym czasie poniższe wytwory rąk moich:

bombki
bombki

literki dla J. bratanicy
literki3

Byłoby więcej, bo w końcu na zwolnieniu leniłam się 6 dni, powinnam zrobić jeszcze co najmniej sweter na drutach i kołdrę patchworkową, ale kreatywność uchodziła ze mnie z każdym kolejnym szczeknięciem psa sąsiadów. Zna ktoś porządne słuchawki wygłuszające? Takie z castoramy, przeznaczone dla robotników operujących młotem pneumatycznym, nie działają, a nie mogę za każdym razem, gdy sąsiedzi zostawiają w domu swoją ujadającą sunię, słuchać death metalu, bo ogłuchnę.
Tym optymistycznym szczeknięciem, o pardon – akcentem zakańczam listopad i wchodzę w równie rozszczekany grudzień.

Źródło: memgenerator.pl

Reklamy