Świąteczna gorączka w dwóch aktach

Akt I

J. – farciarz ma wolne dłużej niż nauczyciele, bo od 20 grudnia aż do 7 stycznia, więc otrzymał ode mnie parę świątecznych zleceń.

– Czy możesz w poniedziałek ugotować buraki i marchewkę, tak mniej więcej przed moim powrotem z pracy.
– Nie wiem.
– ?
– Wszystko zależy od tego, jak szybko uda mi się kupić prezent dla Ciebie.
– O, a co mi kupujesz?
– NIE WIEM. I dlatego czarno widzę te twoje buraki…

Akt II

O ostatnim przed Wigilią spotkaniu z moją ulubioną przyjaciółką A. wiedziałam już od kilku dni. Wiedziałam, co jej kupić. Wiedziałam, gdzie to znajdę. Byłam nawet wczoraj w tymże sklepie (Empiku), ale prezentu nie znalazłam, bo tłumy, bo ciasno, bo nie wiedziałam, gdzie szukać tego tytułu. A zagadnienie tłumów w Empiku jest bardzo interesujące, szczególnie że z badań wynika, że Polacy tak mało czytają.
Nie pozostało mi nic innego, jak zahaczyć o inny, większy Empik, po drodze na umówione spotkanie.
I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że wczoraj była niedziela i Renoma (najładniejsza wrocławska galeria handlowa z największym i najlepiej zaopatrzonym Empikiem) czynna jest do 20:00. Z tego względu kupno zwykłej książki stało się nie lada wyzwaniem, godnym Arnolda Schwarzeneggera.
19:55 wysiadam na przystanku.
19:56 – wchodzę do Renomy, mijam pierwsze sklepy z opuszczoną klatką.
19:57 – jadę schodami ruchomymi. 19:58 – jadę kolejnymi schodami ruchomymi. 19:59 jadę kolejnymi schodami ruchomymi i biegnę dookoła budynku do upragnionego Empiku w nadziei, że zdążę się jeszcze rzucić pod opadającą kratkę.
20:00 – wejście do Empiku od strony prasy zamknięte! DRAMAT!
20:00:05 – drugie wejście jeszcze otwarte, kratka co prawda się czai, ale ludzi przy kasie dużo, ochroniarz zajęty przeszukiwaniem pikających ludzi. WCHODZĘ!
Jestem. Ok, jacyś ludzie jeszcze się kręcą, pokręcę się i ja. Szukam książki, która ukazała się dosyć niedawno, powinna być na stołach! Jeden stół, drugi stół… Nic. Ok, może regał z polecanymi. Kupa. No dobra, stołów jeszcze z czternaście, ale szybko to załatwię. Głos z głośników grzmi, że za 10 minut zamykają i że mam się wynosić. 10 minut? Zdążę!
Nie mam okularów, nie mogę przeczytać tytułów, kurczaki, gdzie są moje okulary?? Nic to, szkoda czasu na szukanie okularów w torbie o pojemności 200 litrów. Książkę rozpoznam po kolorze okładki. Szukam niebieskiego. Niebieska Szwaja. Niebieski „Zamach na Lenina”, a może to było czarne z niebieskim napisem? Tak, chyba tak! Mam!! A nie, to Pilch… Stoły się skończyły, idę na dział „biografie”. Gdzie jest dział „biografie”? Dlaczego te nazwy działów nie mogą być trochę wyraźniejsze? Trafiłam, szukam. Jest Gajos, jest Anna German, jest Grylls. Nagle Audrey Hepburn – ale jak to??? Biegnę na drugą stronę regału, może postawili ją pod „K”, od imienia. Nie ma! Fakenszit! To może na szczytach regałów? A może na całkiem innym dziale? Proza polska? Przelatuję po półkach moim niewidzącym wzrokiem. Bestsellery? Małe szanse, Polacy wolą książki o Greyu. Lipa. Jestem przy wyjściu, chyba odpuszczę, prezent dam kiedy indziej. Albo przebiegnę się jeszcze raz po sklepie (a kto był w Empiku w Renomie wie, jaki to labirynt Fauna i że jest po czym biegać), może się natknę. Ok, truchtam do drugiego wyjścia. I nagle JEST! Mam mam mam! Tylko czy kasy są jeszcze czynne? Jakoś tak cicho. Biegnę! Ojej, ta książka ma wgniecenie na okładce! Wracam się, wymieniam, znowu ruszam do kasy. Kolejki stopniały. A jeśli mnie nie zechcą obsłużyć? A tu jeszcze trzeba kupić torebkę prezentową, bożesztymój! Może tę, ładna zielona, merry christmas. ZA DUŻA! Rzut oka na najbliższą okolicę – jest jakaś inna torebka, porzucona na stole. Biorę i truchtam do kasy. Jestem druga. Obsługują mnie. Obsługuje mnie kolega ze studiów, który mnie nie rozpoznaje, taką już mam twarz nie do rozpoznania. Nie zauważam nawet, że cena w salonie jest wyższa niż cena w sklepie internetowym – bardziej opłaca się zamówić online z darmową dostawą do salonu, niż przyjść, pochodzić po sklepie, samemu sobie znaleźć książkę i narazić się na dodatkowe wydatki, bo między półkami coś jeszcze może wpaść w oko. Co za absurd. Ale teraz to się nie liczy! Najważniejsze, że mam swojego Turbo-Mana, Gałczyńskiego znaczy!

Sezon prezentowy uważam za zamknięty. Mam nadzieję, że i Wy macie już wszystkie prezenty, zaś J. współczuję 😉

jingle-all-the-way-original

Źródło: thenorthblog.com

Reklamy