Grudzień

Grudzień to mój ulubiony miesiąc, bo dostaję wówczas całą górę prezentów. Tak to jest, gdy ma się urodziny w tym samym miesiącu, co Jezus z Nazaretu. Urodziny po raz pierwszy od 2009 roku spędziłam w pracy, gdzie z koleżanką Basią ścigałyśmy się na ciasta, a po pracy udałam się na urodzinową kolację z J. Końcówka roku była szampańska, jak zwykle – to znaczy w naszej dziupli na skraju lasu ponownie urządziliśmy małego, kameralnego sylwestrunia. Tym razem skład osobowy był nieco węższy i nie mieliśmy 37-strzałowca, za to popełniliśmy małą, półgodzinną integrację z sąsiadami.

W kategorii film było całkiem różnorodnie. Obejrzeliśmy następujące: klasyka, czyli „Dziewczyny do wzięcia”, dokument „Jeden dzień w PRL„, „Kwiat kaktusa” – sympatyczna komedia omyłek z przepiękną Goldie Hawn, a także „Reality” film o Neapolitańczyku, którego marzeniem jest udział w „Big Brother” – interesujący, choć skręcony w dość męczący sposób.

g30

Źródła: 1 i 2 – twórczość J., 3, 4.

Popołudnie drugiego dnia świąt postanowiliśmy spędzić w kinie, oczywiście na filmie „Hobbit. Pustkowie Smauga”. Jest on jednak nieco za ciemny na moje niedowidzące oczy i ma o jeden speech za dużo, jak na moje antyspeechowe receptory.

Książki przeczytałam tylko dwie: „How to be an alien” Georga Mikesa, w całości po angielsku, choć to książeczka bardzo cieniutka i napisana naprawdę prostym językiem, na poziomie A2. To już druga moja angielskojęzyczna książeczka, pierwszą była „British life” przeczytana w listopadzie, ale „How to be an alien” nie przypomina tekstów z podręcznika do angielskiego, jest tam snuta jakaś opowieść (choć na końcu są ćwiczenia – można z niej naprawdę wiele wycisnąć). Dla mnie to przełom, czytanie po angielsku to naprawdę duże wyzwanie, ale będę kontynuować.
Drugą grudniową pozycją jest książka pewnego popularnego blogera, a tematem jest blogowanie właśnie. Chodzi mi o pierwszą jego książkę, (bo ostatnio ukazała się kolejna), pierwszą i chyba ostatnią jeśli chodzi o tego autora, bo tekst kompletnie do mnie nie przemówił. Z treści przebija ogromna megalomania, a megalomanów nie lubię. Rady zupełnie mnie nie dotyczą, bo nie uważam, żeby blogowanie było stylem życia. Nie moim. Nie żyję po to, żeby pisać, bo mam co robić. Nie piszę po to, żeby żyć, bo mam z czego. Pisanie kontrowersyjnych, a czasem obraźliwych tekstów, niekoniecznie oddających moje poglądy, za to przyciągających na stronę tysiące, setki tysięcy unikalnych użytkowników uważam za słabe. Zdecydowanie wolę czytać blogi osób, które potrafią napisać bardzo interesujące teksty nawet, jeśli nie ma w nich cienia skandalu. Zatem nie podzielam i nie rozumiem zachwytów nad tą książką, prawdę mówiąc nawet nie czytało mi się jej tak lekko, jak się spodziewałam – epilogu nie przetrawiłam, bo był zbyt naiwny, w tekście głównym też się miejscami męczyłam. I nie piszę tego po to, by się wyróżnić spośród dżiliarda pozytywnych recenzji. Jak już pisałam, nie zamierzam się wybijać na kontrowersyjności. Dlatego nie zamieszczam ani tytułu, ani nazwiska autora. Przynajmniej mi nie zarzuci, że krytykując go chce się wylansować na jego marce 🙂

g7

Źródła obrazków: 1, 2-moja własna twórczość 😉

Czując w kościach plany prezydenta Dutkiewicza o bezpłatnych wejściówkach do wrocławskich muzeów od 1.01.2014, postanowiliśmy zasilić nieco ich kasy i zwiedziliśmy Muzeum Współczesne Wrocławia, które organizowało targi sztuki Ring 2 (a już samo odwiedzenie budynku bunkra można zakwalifikować jako doznanie estetyczne, podobnie jak wypicie czekolady w kawiarni na dachu bunkra i podziwianie Wrocławia z tej perspektywy) oraz Muzeum Historyczne w Pałacu Królewskim. Zwiedziliśmy tam wystawę „1000 lat Wrocławia” oraz wystawę zdjęć Wrocławia z lat 50 XX w. autorstwa Stefana Arczyńskiego, a także malutką wystawę zabawek i szopek. Muzeum idzie w kierunku nowoczesności, bo oprócz obrazów i eksponatów (w tym wykopalisk archeologicznych), znalazły się tam filmy (np.dokumentujący przejazd tramwajem z początków XX wieku) oraz standy z wyświetlaczami, na których można było poczytać o życiu codziennym średniowiecznego Wrocławia albo obejrzeć XIX wieczne ryciny wrocławskich ogrodów.
Zaś jeśli chodzi o zdjęcia Stefana Arczyńskiego najbardziej interesujące wydało mi się to, że pewne miejsca w mieście (np. Arkady), zupełnie się nie zmieniły przez ponad 60 lat. Ciężko powiedzieć, czy to dobrze, czy źle.
g15
Jakby tego było mało, odwiedziliśmy również Halę Stulecia i Centrum Poznawcze.

g20
Z okazji urodzin moich i Nazarejczyka mogłam się wyżyć kulinarnie. Urzekły mnie te pierogi. Cudownie zapowiadające się polędwiczki nie wyszły, bo z racji nadgodzin musiałam przygotowanie ich zlecić J., za to udały się marynowane bakłażany. Moje koleżanki i kolegów z biura częstowałam muffinkami z twarogiem i brzoskwiniami, czekoladowymi z białym serem oraz kokosowymi.
Na Święta przygotowałam mojej rodzinie terrinę z łososia, ale nie powaliła z nóg, podobnie zresztą jak ukraińska sałatka śledziowa (choć ta mi bardzo smakowała, reszta się po prostu nie zna). Do tego upiekłam keks (udał się) i roladę piernikową (nie udała się). Natomiast w Sylwestra zajadaliśmy się kurczakowymi szaszłykami, szlagierem wszech czasów, czyli pieczywem czosnkowym, ślimaczkami z ciasta francuskiego i znowu sałatką ukraińską. Niestety nie mam ani jednego zdjęcia, choć przysięgłabym, że fotografowałam przynajmniej pierożki.

W ramach projektu kulinarno-knajpowy Wrocław odwiedziłam:

Cafe Muzeum, kawiarenkę na dachu bunkra, w którym mieści się Muzeum Współczesne Wrocławia. Tam piliśmy czekoladę z jednym z Artystów, którego prace można było podziwiać i kupić na Targach Sztuki Ring2 – taka jestem światowa! 🙂
Masalę – restaurację z indyjskim jedzeniem (nie spełniła moich oczekiwań, za mało smaku, za mało aromatu, a do tego bałam się jeść sos w kolorze fluorescencyjnej zieleni, bo wolałabym nie świecić w ciemności),
Sielankę – klimatyczny pub zlokalizowany pod nasypem kolejowym, a odkryty przez A., z szerokim wyborem czeskich piw,
kawiarnię Tutti Frutti, w której cały klimat wytworzony przez lokalizację (okno na Renomę), wnętrze, pyszną czekoladę z malinami oraz sympatyczną obsługę psuł smrodek, jakby nastąpiła jakaś mała katastrofa kanalizacyjna
Czeski film, gdzie nad naleśnikami jagodowymi i grzanym piwem odświeżałam kontakty ze studiów
oraz nieśmiertelną Mleczarnię, czyli mój niezawodny wehikuł czasu, który zawsze mnie cofa do studenckich czasów, bo to był jeden z naszych kultowych lokali (nas – historyków). Na dodatek zawsze czeka tam na mnie najlepsza na świecie czekolada z chilli.

g6

Źródła obrazków: 1, 2, 3, 4, 5, 6.

Przy jedzeniu będąc nie mogę pominąć spaceru po świątecznych jarmarkach, gdzie wchłonęłam bozy i langosza, popijając je Hugonem, czyli białym grzańcem.

g37

Wpadliśmy również na ryneczek Psiego Pola, wrocławskiego osiedla położonego na obrzeżach miasta, które przez ostatnie dwa lata doświadczało potężnego remontu. Dokonaliśmy naszego własnego odbioru budowlanego, efekt nie  najgorszy, choć pupy nie rwie. Ładną, naturalną choinkę szpecą paskudne barierki (chyba chodziło o to, by utrudnić potencjalnym złodziejom kradzież tych cudnych prezentów). Jest sporo rzeźb, ale z nich wszystkich podobają mi się psiepolskie Łajka, Biełka i Striełka.

g27
I na koniec zakup miesiąca (a nawet nie wiem, czy nie dwulecia, bo mniej więcej tyle czasu szukałam lampy):

g35 Kotce się spodobała.

***

Jeszcze tylko jedno podsumowanko, tym razem całego 2013, i można zaczynać nowy rok!

Advertisements