Nieprawdopodobna historia pewnego muzyka

Wyobraźmy sobie taką sytuację:

Jestem znowu w liceum i namiętnie słucham Boba Marleya. Mam jego kilka płyt, niestety nielegalnych (nie ma się czym chwalić, ale rzeczywiście miałam marleyowe składanki, które mi kolega nagrywał), bo ciężko je dostać – są za drogie, mają je tylko kolekcjonerzy, którzy przemycili je ze Stanów, bo Bob Marley jest dla władzy zbyt niewygodny. Mieliśmy w naszej historii przewrót ustrojowy, który był poprzedzony latami zmagań opozycji z władzą. Każda walka ustrojowa ma jakiś kontekst kulturalny, często jest to muzyka. W takiej Białorusi antyłukaszenkowe hymny tworzy zespół NRM (Tri Carapachi – uwielbiam!). Marley był symbolem ruchu panafrykańskiego, ale na chwilę przyjmijmy, że również polskiej Solidarności. Wiem, że było sporo polskich artystów, ale polscy nie pasują mi do tej historii, bo… są polscy.
Załóżmy, że polska opozycja lat 80 miała jednego muzycznego idola i był to idol zagraniczny. Bob Marley świetnie się nadaje, bo daleko mieszka i ma egzotyczne pochodzenie. Na dodatek śpiewa niepoprawne politycznie teksty, które mogły się nie podobać reżimowi. Władza nie dopuszcza płyt do legalnej sprzedaży, więc ludzie dystrybuują je między sobą. Stąd licealiści tacy jak ja (przyjmijmy, że w latach 80 byłam licealistką:)) mają nielegalne kopie. Teksty Marleya znamy na pamięć, jak „Inwokację”. Płyty są puszczane na każdej domówce, a nawet skromnej posiadówce. Kiedy idziemy bić się z ZOMO, śpiewamy te piosenki jak hymn. W „80 milionach” była taka scena, że tłum protestantów maszeruje Mostem Grunwaldzkim, przed nimi wspomniane ZOMO, a bohaterka podłącza głośniki, z których rozlega się piosenka Perfectu „Chciałbym by sobą”.
Na potrzeby tego postu przyjmijmy, że maszeruję w tej manifestacji, ktoś podłącza głośnik i rozlega się jedna z piosenek Marleya, niech będzie „Redemption Song”. Śpiewamy ją, gdy milicja nas pałuje i polewa wodą.
Jest więc dla nas Marley ważny. Jest większą gwiazdą niż Elvis Presley. Ale jest pewien problem – Polska jest nieco odcięta od świata, więc ani w radio, ani w telewizji nie usłyszymy nic na jego temat. Nie ma jeszcze „Faktu”, nie ma „Życia na gorąco”. Nie ma (o zgrozo!) internetu! Są jakieś tam encyklopedie, ale o naszym idolu nie ma w nich wzmianek. Nie wiemy, co to za artysta, gdzie mieszkał, ani jak umarł. Jedyna pewna rzecz to to, że nie żyje, choć nie wiem, skąd ta pewność. Krążą legendy, że popełnił spektakularne samobójstwo polewając się benzyną podczas koncertu. Inne mówią, że umarł w więzieniu albo z przedawkowania narkotyków. Nie wiadomo, jak było naprawdę.
Mija parę lat, ustrój się zmienia. Marley dalej jest słuchany, właśnie ukazała się jego płyta na nowym nośniku – CD. Jego postać to ciągle wielka zagadka.
I nagle ktoś oznajmia, że nasz idol wcale nie umarł. Żyje! Mało tego – przyjeżdża na koncert. Ludzie nie dowierzają. Uważają, że to ktoś podstawiony, ale i tak na wszelki wypadek wykupują bilety i zapełniają ogromną halę koncertową. Zapełniają osiem razy, bo tyle zapowiedziano koncertów. Nie dowierzają jednak do samego końca, dopóki nie usłyszą ze sceny znajomego głosu.
To rzeczywiście śpiewa Marley! Szalejemy z zachwytu! Marzenie tysięcy fanów właśnie się spełnia!
Naciągana, nieprawdopodobna historyjka?

Rzeczywiście, tak to brzmi, tymczasem to się wydarzyło naprawdę. Wystarczy tylko Polskę zmienić na RPA, a Boba Marleya na Sixto Rodrigueza.

Jestem po filmie „Sugar man”. Niesamowita historia o genialnym muzyku, okraszona fantastyczną muzyką, oto próbka:

Tak śpiewa chłopak z budowy. Nieprawdopodobne.

Rodriguez

Źródło: telegraph.co.uk

Reklamy