Styczeń

Minął styczeń,  miesiąc długi i różnorodny. Zaczął się słoneczną jesienią, w środku miał trochę mroźnej zimy, a zakończył się odwilżą. Obfitował w wydarzenia, które codziennie się nie zdarzają. O tym jednak później, zacznę standardowo od kultury.

W kinie byłam raz, z J., pierwszy raz w Dolnośląskim Centrum Filmowym. Wybraliśmy się na „Moliera na rowerze” i było fatalnie. Nie chodzi nawet o sam film. Historia byłaby całkiem przyjemna, gdyby nie to, że w DCF trafiliśmy na salę z małym ekranem, a miejsca mieliśmy w ostatnim rzędzie. Szansa na odczytanie napisów była więc średnia, szczególnie z moją wadą wzroku i szczególnie, gdy białe napisy pojawiały się na beżowym tle. Do tego dodajmy, że spora część dialogów to tekst dramatu Moliera, który bohaterowie wystrzeliwali z siebie jak z karabinu maszynowego, więc napisy, jeśli już pojawiły się na ciemnym tle, szybko się zmieniały i nie nadążyłam ich czytać. A film był produkcji francuskiej, więc nawet nie mogłam się poratować moją średnią znajomością angielskiego. Efekt był taki, że się zdrzemnęłam. Pierwszy raz w kinie. Ale jak ktoś ma lepszy wzrok, to może bawiłby się lepiej.

molier na rowerze

Źródło: filmweb.pl

Na szczęście na laptopie widać więcej. Dlatego pomimo mojej ślepoty zdołałam obejrzeć 6 filmów w moim domowym zaciszu.
Zaczęliśmy od „Blink Ring” o hollywodzkiej młodzieży i jej głębokich potrzebach. Potem był „About love” – uwielbiam filmy o podróżach w czasie, ale tu mi zabrakło troszkę konsekwencji. Jednak film był cudowny, z naprawdę ważnym przesłaniem. Potem nadszedł czas na „Temple Grandin” – historia dziewczyny dotkniętej autyzmem, która zrobiła nie tylko karierę, ale także wniosła coś dobrego od siebie na ten łez padół. Tym ciekawszy, że Temple istnieje naprawdę! Kolejny film również przedstawia niesamowitą historię niezwykłego człowieka, tyle że jest to dokument – „Sugar man”, opowiadający o Sixto Rodriguezie. Potem był „The Family” przetłumaczone jako „Porachunki” o rodzinie gangsterów, która ukrywa się we Francji. Określiłabym go jako przewidywalny obraz o psychopatach granych w średni sposób przez dobrych aktorów (Robert De Niro, Michelle Pfeiffer!). Jak już byliśmy przy De Niro, to cofnęliśmy się lekko w czasie i obejrzeliśmy „Chłopięcy świat” z nim właśnie oraz z Leonardo DiCaprio. W okresie mojej dicapriowej manii około roku 1997-1998 oglądałam ten film miliardy razy, na zmianę z „Co gryzie Gilberta Grape’a”, ale nawet po tych kilkunastu latach stwierdzam, że DiCaprio dobrym aktorem był już od młodości.

stycz5

Źródło filmweb.pl

Książkę czytałam, czytałam i czytam nadal, nie mogę jej skończyć, bo gdy jadę do i z pracy, to w autobusie jest jeszcze ciemno 😉 Wiosną, gdy dzień stanie się dłuższy, wszystko stanie się łatwiejsze.

Ukulturalniliśmy się jeszcze we wrocławskim Muzeum Poczty i Telekomunikacji. Wbrew pozorom to nie tylko znaczki! Spójrzcie:

styczen
Innym razem zajrzeliśmy na wystawę czechosłowackiego dizajnu w BWA „Wojna i pokój”. Kto miał takiego kotka, palec do budki:

styczen4

Innym razem odwiedziliśmy Mostek Pokutnic umieszczony pomiędzy wieżami kościoła św. Marii Magdaleny. Warto zobaczyć Wrocław z tej perspektywy, szczególnie w słoneczny dzień. To była taka mała rozgrzewka przed wjazdem na taras widokowy na Sky Towerze, na który na razie ciągle brakuje biletów. Ale kiedyś wjadę. Tymczasem popatrzcie na Wrocław z Mostka Pokutnic:
styczen2

W kuchni skupiłam się głównie na zupach, bo nic tak nie rozgrzewa, jak meksykańska, zupa krem z groszku czy nawet pomidorowa. Popełniłam też pierożki drożdżowe z farszem z kurczaka oraz schabowe roladki z suszonymi pomidorami, które, szczerze pisząc, nie smakowały mi. Na osłodę upiekłam muffinki czekoladowe z serem.

stycz

Błąkając się po różnych lokalach trzy razy trafiliśmy do Pieca na Szewskiej, gdzie zjadłam eskalopki w sosie szpinakowym i pizzę marinarę i penne z bakłażanem. Po raz pierwszy spróbowałam tam kawy i przyznam, że w mało którym lokalu podają taką pyszną, delikatną. Bo w takiej Borówce kawa była fatalna i to chyba była nasza ostatnia wizyta w Borówce – oboje z J. zamówiliśmy identyczne kawy, jedna była ekstramocna i nie do wypicia, a druga średnio mocna i średnio smaczna. Kawa ze Starbucksa, niby cynamonowa, też rogów nie urwała, ja tam cynamonu nie wyczułam. Cappuccino w Cocofli było całkiem pyszne, bo i szczytny przyświecał cel mojemu piciu cappuccino. Całkiem przyjemnie piło mi się czekoladę z malinami w Tutti Frutti. Tym razem nic mi nie zakłócało odbioru tego wyjątkowego smaku.

stycz6

I na koniec niecodzienności (a nawet niecomiesięczności):

– Kupiłam zeszyt, z którego postanowiłam zrobić własnoręcznie kalendarz, bo żaden z gotowych kalendarzy nie spełnia moich standardów (proste kryterium- żeby na sobotę i niedzielę było tyle samo, albo więcej miejsca, co na inne dni – jest nie do spełnienia). Jednak jak na razie stanęłam na styczniu. Mam już nową koncepcję – terminarz drukowany. Zobaczymy, czy uda się ją wcielić w życie.
– Byłam u fryzjera. Miała być efektowna przemiana, tymczasem efekt zniknął już po pierwszym myciu włosów. Czyli standard.
– Byłam u kosmetyczki celem zrobienia sobie manicuru hybrydowego. To mój pierwszy taki manicure. Czy muszę pisać, że już na drugi dzień odkryłam na jednym paznokciu odprysk i byłam na poprawie, a po kolejnych trzech dniach nie miałam już lakieru na kolejnych siedmiu paznokciach?
– Zrobiłam sobie badania i na razie wiem, że z moją tarczycą wszystko w porządku. Za to doświadczyłam bezcennych emocji, gdy panie z laboratorium pokazały mi, na czym polegała socjalistyczna obsługa klienta, bo przecież jestem zbyt młoda, żeby wiedzieć.
– Przyjechały wreszcie moje meble. Po dwóch 11 tygodniach od zamówienia, hip hip hurra! Teraz czas na wybranie kanapy, trzeba się śpieszyć, żeby dojechała jeszcze w tym roku.

Cel na luty – nabrać mocy przed marcowym urlopem, a jednocześnie ożywić nieco TO  miejsce, bo powoli zarasta mchem.

Reklamy