Komputer w czasach przedinternetowych

Właśnie minęło 14 lat od zakupu mojego pierwszego komputera.
Byłam w I klasie LO, gdy Rodzice uznali, że przyda mi się taka maszyna „do nauki”, no i kupili ją na raty.
Dysk twardy 40 MB, procesor Intel Celeron 433 MHz – ależ to była maszyna! Nie mogłam się od niej oderwać. Na szczęście akurat miałam ferie.

PC
Kilka dni przed zakupem moja skomputeryzowana koleżanka uprzedziła mnie, żebym się tak nie napalała, bo komputer bez internetu to żadna atrakcja: „Ileż można pisać w wordzie?”. Ale okazało się, że dla mnie komputer nigdy nie był tylko maszyną do pisania, nawet w tych trudnych przedinternetowych czasach. Oto czym zajmowali się skomputeryzowani nastolatkowie z epoki milenium, którzy nie byli podłączeni do Internetu:

Personalizacja ustawień
W którymś z numerów pisma Komputer Świat (które Tato mi kupował i które podczytywał, choć do dziś twierdzi, że się na komputerach wcale nie zna) przeczytałam, że komputer można dostosować do indywidualnych, bardzo indywidualnych potrzeb.  Przeglądanie dostępnych ustawień pochłonęło mnie na długie godziny, a potem jeszcze odkryłam, że mogę wymyślać te ustawienia sama. O jakie ustawienia chodzi? O kolor okna, paska zadań oraz krój i kolor czcionki. Czasami miałam potrzebę patrzenia na wściekły róż. A gdy chciałam zirytować siostrę, ustawiałam kolor okna na czarny, a kolor napisów na biały. Drobnostka, a cieszyła. Jednak nadszedł dzień, w którym stwierdziłam, że pora dać sobie spokój z takimi trywialnymi rzeczami, jak kolor paska. Pojawił się punkt drugi:

Word
Zaczęłam zatem bawić się kolorami w wordzie. Wordzie, który służył mi wtedy do pisania wypracowań. Jednego popołudnia odkryłam funkcję Clipartów i przepadłam. Podobnie było z tekstem 3D, pochłonęło mnie to na całe godziny. Wtedy mniej więcej zaczęłam wykorzystywać worda do czegoś więcej niż zadania domowe – z koleżanką pisywałyśmy „maile”. O, nie były to takie zwykłe maile! To były maile na miarę naszych możliwości! Pisanie w wordzie, zapisywane na dyskietkach i przekazywane sobie w szkole w czasie przerwy. Każdy taki plik był dopracowany w najmniejszym szczególe – nagłówek i podpis w 3D, specjalnie dobrany do nastroju krój i kolor czcionki, cliparty dopasowane do tematyki. Gdybyśmy już wtedy miały dostęp do internetu i platform blogowych, miałybyśmy najbardziej obciachowe, typowe dla nastolatek blogi z mrugającymi gwiazdeczkami. Ale na szczęście nasza twórczość nie poszła w eter. Ostatnio tylko J. miał ze mnie ubaw o pachy, gdy robiąc porządek na moim starym komputerze, trafiliśmy na te pliki, a konkretnie na jeden, w którym przeżywam film „Gladiator”. Plik miał nazwę „Maximus” albo nawet „Maximusik” i przez kilkanaście wordowych stron rozpływałam się nad Russelem Crow. Co za wstyd…
Ale wróćmy do worda. Nie wszystkie moje koleżanki spotykałam w szkole. Niektóre mieszkały dosyć daleko. Do nich wysyłało się prawdziwe listy, takie wiecie – w kopercie, ze znaczkiem. Gdzie tu miejsce na worda? Nie, nie pisałam listów na komputerze. W zasadzie nie wiem dlaczego. Czy dlatego, że lubiłam pisać odręcznie, czy może chodziło o to, że listy wydrukowane wydawały się takie bezduszne, urzędowe. Ja moje listy urozmaicałam, tworząc w wordzie własną papeterię. Wklejałam tabelki z różnym wypełnieniem, albo jakieś ramki, pojęcia nie wiem, skąd wytrzaśnięte. Grunt, że była ładne, pamiętam jedną fioletowo-różową z żółtymi gwiazdkami. W ramkę wpisywałam kropkowane linie, żeby równo pisać. Drukowanie tego na zwykłej atramentówce trwało całe godziny i pożerało oceany tuszu, ale co się komplementów od koleżanek nasłuchałam (naczytałam), to moje. Uważam, że to straszne, że nie mam ani jednej takiej kartki, ani nawet pliku na starym komputerze. Dzisiaj dzieci chyba nawet nie wiedzą, co to papeteria. Sprzedałabym do muzeum i byłyby pieniądze z tego 😉

Encyklopedia Multimedialna PWN
Gdy nie pisałam „maili” albo tradycyjnych listów na własnej papeterii, odpalałam płytki, które Tato pożyczał od swoich kolegów. Raz pożyczył dla mnie Encyklopedię Multimedialną PWN. Miałam zajęcie na cały tydzień choroby, która akurat mnie uziemiła w domu. Jednego dnia na przykład przesłuchałam wszystkie hymny państwowe. Powtarzam – w s z y s t k i e. W plikach .mid. I po przesłuchaniu wybrałam najładniejsze i puszczałam je Mamie i Tacie, bo przecież wcześniej mogli nie mieć okazji przesłuchania tych hymnów. Innym razem przeszukiwałam encyklopedię w poszukiwaniu opisów i grafik przedstawiających działanie różnych przedmiotów. Najbardziej zapadły mi w pamięć opisy spłuczki oraz pieca martenowskiego – nie mam pojęcia, dlaczego akurat te.

Ale nawet najbardziej rasowy nerd musi się czasem rozerwać. Ja grałam w gry. Próbowałam Tomb Ridera, Settlersów, a nawet Colin McRae Rally, ale dwie szczególnie przypadły mi do gustu:

Simsy
Gra w życie. Tworzyłam całe osiedla, nadawałam moim Simom dziwne imiona typu Zyta i Pele, budowałam i urządzałam im domy. Czasami umierali mi z wycieńczenia, bo zapomniałam ich nakarmić, zdarzyło mi się któregoś zamurować. Śmieszne były te nagrobki w mieszkaniach. Niestety, pewnego razu wyczytałam gdzieś (pewnie w Komputer Świat), że wpisując pewne kody mogę zyskać nieograniczoną kwotę pieniędzy. Wybudowałam więc raz i drugi piękną rezydencję, podłogi wyłożyłam najdroższym parkietem, kupiłam wszystkie piękne meble i luksusowe sprzęty, na jakie nigdy nie było mnie stać i… zabawa się skończyła. Nie trzeba już było odkładać na nową podłogę, nie trzeba było chodzić do pracy. Życie bogacza to nuda. Szybko zapragnęłam pograć w coś bardziej emocjonującego.

SimCity 3000
Gra w miasto. Tym bardziej emocjonująca, że pożyczyłam ją od znajomych tylko na jakiś czas. Autentycznie spełniałam się projektując miasta, decydując, gdzie stanie fabryka, a gdzie osiedle, a potem zarządzając tą moją metropolią. Tylko te cholerne kataklizmy wszystko psuły, a kodów do Simcity nie znalazłam. Może to i dobrze, zapewne skończyłoby się to tak samo, jak z Simsami, a tak do dzisiaj mam niedosyt, bo się nie nagrałam wystarczająco przed oddaniem tej gry.

Dzisiaj już mi się nie chce bawić ustawieniami, kolorami okien, pasków itp. Obecny komputer mam od roku, a nawet tapetę na pulpicie ustawiłam sobie tylko raz i to przez przypadek. Z koleżankami wymieniam maile, nie potrzebuję już papeterii, bo tradycyjne listy wymieniam co najwyżej z urzędami. Zamiast Encyklopedii PWN jest Wikipedia i Youtube. Simsy są nudne. Z tej odległej epoki tylko SimCity mnie kusi. Ale na takie odmóżdżacze nie mam zbyt wiele czasu, bo resetuję się za pomocą czegoś, co pojawiło się w moim życiu chwilę po SimCity – Internetu.

Advertisements