Umysłowi versus fizyczni

mop

Źródło: freeimages.com

Przychodzą, gdy nikogo nie ma już w biurach, a przynajmniej kiedy nie powinno nikogo już być. Czasami utrudniamy im pracę siedząc do późna, ale one nigdy nie mają prawa zwrócić uwagi nam-wielkiemu państwu. Jedna z Nich strasznie nie lubiła łupek od słonecznika walających się po podłodze, bo ciężko je sprzątnąć z wykładziny. Zwróciła kiedyś uwagę mojemu koledze, który namiętnie dłubał słonecznik i równie namiętnie nie trafiał łupinkami do kosza, a on jej odpowiedział, żeby się cieszyła, że jest brudno, bo inaczej nie miałaby pracy. Pani była bardzo zniesmaczona, ja, gdy to usłyszałam,  również. Pomyślałam: ot, idiota. A kilka dni temu podobną kwestię usłyszałam od mojego dyrektora. Człowieka, wydawałoby się, na poziomie. Człowieka, który na dyrektorski stołek przez kilkanaście lat ciężko pracował na niskich stanowiskach, a nie dostał go – dyrektorskiego stołka – w prezencie od bogatego wujka.

I teraz zachodzę w głowę, skąd to podejście. Ani ja, drobny żuczek, ani żaden z moich dyrektorów nie jesteśmy panami wszechświata. Jesteśmy zatrudnieni przez miłościwie panującego nam prezesa, tak samo jak ta pani sprzątaczka. Zarabiamy (chyba) więcej niż ona, mamy komputer i własne krzesełka, a do pracy ubieramy się w eleganckie koszule i nie musimy się przebierać w robocze t-shirty, ale czy to nas czyni lepszymi? Przecież w każdej chwili możemy rozstać się z firmą – sprzątaczka, pracownik biurowy, dyrektor.

Inny z moich dyrektorów opowiadał kiedyś o szeregowych pracownikach na taśmie w jednej z fabryk, jak narzekają na tzw. umysłowych. Puenta była taka, że przecież do pracy na taśmie wystarczy proste przeszkolenie i po tygodniu lub dwóch nowy pracownik potrafi pracować równie szybko i sprawnie, jak starsi koledzy. Natomiast w w pracy biurowej, takiej jak nasza, potrzeba wykształcenia, doświadczenia i przeszkolenia. I bardzo trudno zastąpić z dnia na dzień jednego pracownika innym.  Nie sposób się nie zgodzić.
Tylko że obydwaj moi dyrektorzy zapominają o jednym. Może pani sprzątaczka nie będzie dyrektorką w naszej firmie. Ale za to my możemy któregoś dnia zatrudnić się na taśmie albo na stanowisku konserwatora powierzchni płaskich. Nie trzeba wiele, żeby stracić pracę, szczególnie w mojej firmie, w mojej branży, a rachunki przecież płacić trzeba. Aż chciało się wykrzyczeć:”trochę pokory!”.

A tak na marginesie, to niewykluczone, że ta pani sprzątaczka pod koniec dnia, gdy widzi czyste pomieszczenia,  odczuwa większą satysfakcję z pracy,  niż ja, gdy po raz setny sporządzam jakiś idiotyczny, bezcelowy raport. Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy jeździłam szmatą po podłodze mojej kuchni, której na szczęście nie zamieszkuje żaden „umysłowy” nietrafiający łupinami słonecznika do kosza.

Reklamy