Jak przenieść na ekran miłość do jedzenia?

Są takie filmy na tym świecie, które nakręcono po to, żeby komuś zrobiło się miło i przyjemnie. Każdy ma przynajmniej jeden taki film. Ja mam kilka, może o nich kiedyś napiszę, ale dziś chcę się skupić na tym jednym, który ostatnio poszerzył grono polepszaczy nastroju.

podroznz100stostp

Źródło: filmweb.pl

Zacznę od reżysera. Lasse Hallstroem nakręcił w swoim życiu kilka wielkich tytułów. Jednym był genialny „Co gryzie Gilberta Grape’a?”, drugim chociażby „Czekolada”. A trzecim na pewno jest „Podróż na sto stóp”. Ten ostatni zapewnił mi tydzień temu 2 godziny całkowitego relaksu, i to za jedyne 11 zł. za bilet. A jak piszę o całkowitym relaksie, to mam na myśli takie uczucie, jakby mi ktoś jednocześnie masował kark i skórę głowy. Proszę sobie zatem wyobrazić, jakie to było doznanie.

Powiecie – ot, zwykła historia o tym, jak emigranci otwierają knajpkę i jak się przekomarzają ze swoją konkurencją. Ale to było coś więcej. Widzimy historię hinduskiej rodziny, dla której gotowanie to nie była praca, ale całe życie. Zmuszeni do opuszczenia kraju tułają się po Europie, żeby znaleźć właściwe miejsce na swoją restaurację. Tyle że nie o miejsce chodzi, a o odpowiednie składniki, jakie w tym miejscu da im natura – nie mogą przecież gotować z byle czego, więc po drodze kosztują miejscowe warzywa. I nie wiem tylko, czy to warzywa są tak paskudne, czy może to nieżyjąca matka, z którą konsultuje się ojciec, każe im szukać dalej. I szukać. I szukać. Aż  w końcu sobie tylko znanym sposobem doprowadza do tego, że rodzina osiedla się w małym i uroczym francuskim miasteczku. Kupuje tam starą, nieco podupadłą posiadłość i otwiera restaurację z indyjskimi smakami. Szefem kuchni zostaje młody chłopak – Hassan, który wybitne kulinarne zdolności odziedziczył po matce. I wszystko szłoby gładko, murgh masala wypełniałaby małe francuskie miasteczko po brzegi, gdyby nie fakt, że naprzeciwko indyjskiej restauracji, dokładnie sto stóp od niej, stoi sławny lokal z 1 gwiazdką Michelin. A właścicielka, Madame Mallory, to bardzo, ale to bardzo trudny konkurent. To wręcz boeuf bourguignon wśród konkurentów, nie żadna bułka z masłem.

Film jest bajkowy, pełen smaku i aromatu. Teksty w stylu „przepis musisz najpierw znaleźć w swoim sercu” są dla mnie trochę zbyt egzaltowane, ale akurat tutaj nie przeszkadzały mi to wcale a wcale. Dodawało nawet trochę magii całej tej historii – współczesnej i prawdopodobnej. Wyjątkową atmosferę tworzą nie tylko klimatyczne widoki, piękni aktorzy, duża doza dobrego humoru, ale także wszechobecne jedzenie, które wylewa się z ekranu na kinowe fotele. O, jaką ja miałam ochotę na indyjskie potrawy! Albo chociaż grzyby! Żeby docenić te wszystkie zapachy, które parowały z kociołków, proponuję iść na film z pustym żołądkiem, bo po wyjściu z kina i tak zapragniecie coś zjeść:)

Zatem smacznego seansu życzę!

Advertisements