Jak sobie zorganizować wczasy na Krecie – cz. II

Oto wracam z drugą częścią sagi o kreteńskich wczasach. W pierwszej części napisałam o podstawach, czyli wyborze terminu, kupnie biletów oraz rezerwacji noclegu. Pora na kolejne kroki na naszej drodze do wczasów 🙂

3

Krok 4 Wyżywienie

Jak wspomniałam w pierwszym wpisie, tradycyjnie zarezerwowaliśmy pokój z aneksem kuchennym. Zawsze to jakiś sposób na obniżenie kosztów wczasów, choć nikogo nie namawiamy do gotowania codziennie, bo co to za urlop bez zasmakowania lokalnej kuchni? Jeżeli ktoś jest pewien, że codziennie będzie się stołował w restauracjach/tawernach/pizzeriach, to pewnie aneks na nic mu się nie przyda. My najbardziej skorzystaliśmy na posiadaniu mieszkanka z aneksem w Barcelonie, ponieważ mieszkaliśmy blisko targu i codziennie rano zaopatrywaliśmy się w świeże owoce morza, które czekały na nas cały dzień, a w porze kolacji wskakiwały do garnka z masłem, czosnkiem i przyprawami i nabierały niebiańskiego smaku. Tym razem, w Heraklionie (a właściwie w Ammoudarze) nie mieliśmy w pobliżu targu, za to codziennie odwiedzaliśmy Lidla, w którym zaopatrywaliśmy się w obowiązkowe arbuzy, ser fetę i halloumi, puszki z sałatką fasolową  i jogurt grecki (niezwykle przydatny, gdy przeholuje się ze słońcem). J. popijał też greckie piwo Mythos, ja kupiłam w Lidlu wino, które się okazało sikaczem, jakich mało. Zatem aneks przydał się głównie do przygotowania śniadań, ale raz czy dwa przygotowaliśmy sobie sami obiadokolację (bez specjalnych fajerwerków, makaron z warzywami).

Wyżywienie na mieście nie jest straszliwie drogie. Warto szukać lokali, które oferują menu dla dwóch osób, składające się np.  owoców morza czy innych lokalnych przysmaków, owocowego deseru i karafki wina. Standardowa cena takiego obiadu to 25€, choć sporo jest też ofert za 19-20 €, a naszym znajomym udało się znaleźć za 15€ i bardzo im smakowało.

Ceny standardowych dań to ok. 7-8 € za mussakę, burgera czy pizzę, 10-12 € za mięso grillowane oraz 2,5-5 € za przystawki takie jak np. chlebek czosnkowy (taka jakby pizza, tylko z czosnkiem i ziołami zamiast sera i sosu pomidorowego), ośmiorniczki w zalewie, czy gołąbki w liściach winorośli. Za 2,5-3 € można też kupić kebaba w budce, ale nie próbowaliśmy, podobnie jak souvlaków, czyli ichnich szaszłyków, które są w podobnej cenie.

j

Na śniadania, podwieczorki lub nagłe potrzeby zjedzenia czegoś Kreta ma kilka przysmaków. Najbardziej nam przypadło do gustu takie niewiadomo co, które przywitało nas pierwszego dnia, o 6 rano. Rodzaj bułki na specyficznym cieście drożdżowym (ale zupełnie coś innego niż nasze drożdżówki), przypominająca gniazdko, z brzegami zawiniętymi do góry i z nadzieniem z sera, szynki, jajek. Kosztowały 2 albo 2,2 €. Zajadaliśmy się tym jak wieprzki, choć to nie jedyny grecki przysmak. Próbowaliśmy jeszcze spanakopity, czyli koperty z ciasta filo z nadzieniem szpinakowym, a także ślimaczków, czyli ciasta przypominającego nasze faworkowe, zwiniętego w kształt ślimaka i smażonego na głębokim tłuszczu. Paskudnie tłuste, paskudnie słodkie i paskudnie smaczne 😉

k11

Co nas zdziwiło w Grecji – słaba dostępność wody gazowanej (bo za niegazowaną nie przepadamy). Rzadko była w sklepach, a jeśli już była, to w cenie np. coli, czyli znacznie wyższej, niż woda. Ponadto oferowana była w małych puszkach, więc na długo nie wystarczała. Dorwałam gazowankę w Lidlu, zupełnie na chybił-trafił, bo nie mam pojęcia, jak po grecku prezentuje się napis „woda gazowana”. Uważajcie na soki w kartonach w małych, niby osiedlowych sklepikach – za sok z granatu zapłaciliśmy 4 €. To był nasz pierwszy zakup na ziemi greckiej i trochę nas przygnębił, nie powiem 😉

Od alkoholu od jakiegoś czasu stronię, ale obowiązkowo musiałam spróbować ouzo, bo ja jestem prezesem jednosoobowego polskiego fanklubu anyżu i lukrecji (ale gdybym powiedziała, że wchodziło mi owo ouzo jak nóż w masło, to bym skłamała), a także raki. Raki piliśmy na targu, w ramach degustacji i w knajpie, za darmo, kiedy częstował nas pan kelner (albo pan właściciel). Urzekł nas ten grecki bimber i przywieźliśmy do Polski kilka butelek. Rozdaliśmy je rodzinie, która raki wypiła, po czym stwierdziła, że kółek nie urywa. A mogliśmy sami wypić!

19

Krok 5 Czas na miejscu

Zdecydowanie bliżej mi do Jasia-Wędrowniczka niż do plażowej foczki. Po 2-3 godzinach leżenia na plaży zaczynam się nudzić, a to już nie ten wiek, żeby sobie babki z piasku klepać. Dlatego preferujemy bardziej  aktywną formę spędzania czasu, a mianowicie spacerowanie, głównie po mieście. Niestety Heraklion to nie Barcelona ani Rzym, zejście go wzdłuż i wszerz nie wymaga zbyt wiele czasu.

Zatem jadąc na Kretę należy sobie postawić jedno pytanie: stawiamy na pasywny wypoczynek na plaży czy na zwiedzanie wyspy? Moim zdaniem od odpowiedzi na to pytanie zależy nawet kwestia noclegu. Jeśli chcemy wypoczywać na plaży, to najlepsze będą małe miejscowości, takie jak chociażby nasza Ammoudara albo Hersonissos. Jeśli wolimy zwiedzać, to właściwie również odradzałabym nocleg w Heraklionie, bo lepszą bazą wypadową byłaby Chania (bliżej stamtąd na niebiańską plażę Balos) albo chociaż Retymnon (zawsze to 70 km bliżej do Balos :)).
A już najlepszym rozwiązaniem byłoby podzielenie urlopu na dwie części i spędzenie kilku dni na zachodzie wyspy, a kilku dni na wschodzie, co następnym razem uczynimy, bo prawdę mówiąc pożałowaliśmy trochę noclegu w Ammoudarze. Ale nie byłoby to odczuwalne, gdyby nie fakt, że anulowano nam rezerwację samochodu.

k6

Zarezerwowaliśmy samochód na 3 dni zaraz po zarezerwowaniu noclegu – 2 dni przed wylotem, ale zawsze. Po czym w chwili wylotu dostaliśmy maila, że rezerwacja została anulowana, bo coś się stało z autem. To coś, to wypożyczenie samochodu komuś innemu, w wyższej cenie – bo na miejscu ceny osiągnęły pułap 90 € za 3 dni za auto z najniższej półki cenowej, bez klimatyzacji (w chwili rezerwacji było to 69 €), na dodatek te tańsze nie były dostępne od ręki, trzeba było na nie poczekać – np. do czwartku (a w sobotę wylot, więc średnio się to kalkulowało). Zatem Drogi Czytelniku, lepiej unikaj AthensCars.gr.

Jedyne, co pozostało biednym żuczkom bez samochodu, było zjechanie Krety autobusami. Kreteńskie linie autobusowe okazały się całkiem przyjazne, połączenia były częste, ceny może trochę wysokie, ale i tak niższe niż koszt wynajmu auta + jedno z najdroższych w Europie paliwo.
Właściwie jedynym minusem byli szaleni kierowcy, którzy prowadzili autobusy górzystymi trasami, trzymając kierownicę jedną ręką, bo w drugiej była komórka, i prowadząc wyjątkowo nerwową rozmowę telefoniczną, włączając żywą gestykulację.
Ale to chyba obowiązkowy element greckiego folkloru.

13

Oprócz jeżdżenia po wyspie Kreta oferuje także inne atrakcje, jak chociażby rejsy statkiem. Z ofertą taką spotkaliśmy się głównie w Chanii, w Heraklionie nikt nas nie zaczepiał i nie wkładał do rąk ulotki. Chańscy żeglarze zapraszali nas na rejsy godzinne, trzygodzinne, całodniowe, na statku zwykłym i ze szklanym dnem, o suchym pysku i z poczęstunkiem i z raki, ze zwiedzaniem okolicznych wysepek i bez. Do wyboru, do koloru. Trzeba tylko sobie odłożyć trochę gotówki – cena to od 20 € za osobę w górę – i zarezerwować trochę czasu. My w Chanii spędziliśmy zaledwie parę godzin, więc rejs sobie odpuściliśmy, a szkoda. Praktycznie wszędzie były też oferty dłuższego rejsu – na Santorini. Całodniowy rejs kosztował 100 €. Nie pytaliśmy, co jest w pakiecie, bo jeszcze byśmy się skusili i teraz właśnie trawilibyśmy naszą oszczędną kolację złożoną z korzonków doprawionych tynkiem.

k3

Natomiast jeśli ktoś chciałby wydać taką samą kwotę, ale w szybszym tempie, mógł popływać pół godziny na skuterze wodnym. 15 minut kosztowało 50€, więc pół godziny przyjemności = dzień na Santorini. No ale skoro ktoś lubi…

Z mniej ekstremalnych rozrywek, Kreta oferuje muzea, wszak to tam, w Knossoss, mieści się pałac króla Minosa i labirynt Minotaura. Wstęp kosztował 10 €, ale nie zdecydowaliśmy się. Z kreteńskich zabytków odwiedziliśmy Fortecę Wenecką w Retymnonie, o której na pewno jeszcze wspomnę, a także wykute w skale pieczary w Matali, które najpierw pełniły funkcje katakumb, a potem mieszkań hipisów. Chcieliśmy również zwiedzić Lychnostatis, czyli kreteński skansen położony w Hersonissoss, ale nie wzięliśmy pod uwagę tego, że tego typu placówka może być czynna do godziny 14:00 (i nie chodzi o sjestę, naprawdę – od 10 do 14 i ani minuty dłużej). W dzień powszedni. No cóż, Grecja 🙂

k13


Krok 6 – na co uważać?

Zakupy. Po dwóch pierwszych dniach, kiedy to zostawiliśmy trochę kasy w małych sklepikach, uznaliśmy, że będziemy zakupy robić wyłącznie tam, gdzie podana jest cena na produkcie, a najlepiej to w Lidlu. Zauważyliśmy, że Grecy potrafią cwaniakować i sprzedać turyście litr soku za 3,5 € albo małą ćwiartkę arbuza w podobnej cenie (choć ceny za 1 kg arbuza na straganach kształtowały się w okolicach 0,5 €, a ta nasza ćwiarteczka na pewno nie ważyła 7 kg).

Tankowanie. Poznani w Ammoudarze Polacy opowiadali, jak popłynęli na benzynie, bo Grek zatankował im 98, choć oni poprosili o 95 (w Grecji nie można samemu wlewać paliwa, robią to pracownicy stacji). Do pełna. Grek do końca udawał, że to przecież 95 leje, a jak już nie mógł dłużej udawać, to zmienił front i zaczął przekonywać, że to auto na 95 nie przejedzie. Cała ta dyskusja towarzyszyła nalewaniu droższej benzyny do baku, więc znajomi nie mogli już nic zrobić.

Bilety w autobusach. W komunikacji miejskiej nie mieliśmy kontroli, bilety kupowaliśmy głównie u kierowcy, a jeśli kupiliśmy wcześniej w automacie, to i tak kierowca je sprawdzał przy wejściu.  Za to w autobusach KTEL kontrola odbywała się mniej więcej co pół godziny (nie licząc tej wstępnej, przez kierowcę). Trzeba było więc pilnować biletu do samego końca.

2
Uwaga na chleb!
W restauracjach podaje się chleb, który niekoniecznie pasuje do zamówionych dań (np. do burgera z fetą i z frytkami tak średnio), ale i tak trzeba za niego zapłacić. Coś jak pane e coperto w Rzymie, czyli opłata za chleb i za obrus. Ktoś nam potem podpowiedział, że w chwili, gdy kelner przynosi koszyk z chlebem, trzeba powiedzieć, żeby zabrał z powrotem, podobno wtedy udaje się zachować te parę euro, ale pewna nie jestem, bo tego nie spróbowaliśmy.

Psy. Kreta podobno przoduje, jeśli chodzi o liczbę bezpańskich psów. Kotów zresztą też, ale koty nie są takie inwazyjne. Na szczęście żaden z napotkanych Azorków nie okazał się groźny, ale jednak towarzystwo takiej sfory bywało męczące. W tej kwestii nie bardzo wiem, co doradzić. Mieliśmy szczęście, bo żaden nas nie chciał ugryźć, ale gdyby któryś zapragnął spróbować polskiego mięska, to by to uczynił bez większego problemu – z yorkami kreteńskie psy raczej nie są zbyt blisko spokrewnione.

k10

Tyle tytułem krótkiego wstępu.  Postaram się jeszcze opublikować trochę informacji, które miejscowości warto odwiedzić i dlaczego. Ale może już teraz uznaliście (Wy, szczęśliwcy, którzy wakacje macie przed sobą), że warto tegoroczne wakacje spędzić na Krecie. Jeśli tak, to zachęcam do zorganizowania sobie pobytu na własną rękę, skrojonego do Waszych potrzeb. Zaoszczędzone pieniądze możecie wydać na raki (alkohol taki), a jeśli jesteście abstynentami, to możecie przelać je na czyjeś konto, np. moje, żeby nabrało trochę ciałka 🙂

Reklamy